Badanie Hostii z Legnicy odmieniło moje życie

Lekarz kardiolog Barbara Engel brała udział w pracach specjalnej komisji ds. zbadania cudu eucharystycznego, który miał miejsce w 2013 r. w Legnicy.

Wszystko zaczęło się w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w 2013 r., kiedy to na porannej Mszy św. w sanktuarium św. Jacka w Legnicy kapłan rozdający Komunię św. upuścił zanurzoną w winie konsekrowaną Hostię. Zgodnie z procedurą duchowny podniósł Ją i włożył do specjalnego, wypełnionego zwykłą wodą z kranu naczynia (vasculum), które umieścił w tabernakulum.

Na początku stycznia 2014 r. inny posługujący w tej parafii ksiądz postanowił zobaczyć, jak przebiega proces rozpuszczania się tej Hostii. Ku swemu ogromnemu zdziwieniu kapłan zauważył, iż na mniej więcej jednej czwartej Hostii pojawiło się czerwone przebarwienie. Obserwowano następnie Hostię przez kilka dni.

Ponieważ zjawisko to się utrzymywało, poinformowano o nim ówczesnego ordynariusza, biskupa Stefana Cichego. Hierarcha ten postanowił, że należy Hostię na cztery tygodnie pozostawić w wodzie, ponieważ średnio tyle czasu się ona rozpuszcza, po czym ponownie poddać Ją obserwacji.

Po tym okresie przebarwiony fragment Hostii uległ nieznacznemu przeobrażeniu: z żywoczerwonego zrobił się brunatnoczerwony, czyli przybrał kolor podobny do tkanki. Z kolei biała część rozpuściła się i opadła na dno.

Ten przebarwiony fragment również zmienił swoją strukturę – nie była to już zwykła plama. Pojawiło się zgrubienie, grubsze niż sama Hostia. Wówczas biskup Cichy postanowił powołać komisję do zbadania tego zjawiska. Ja również znalazłam się w tej komisji. Zjawisko, które oglądałam, tak mnie poruszyło, że od początku miałam problemy ze snem. Po raz pierwszy w życiu dane mi było przeżywać coś podobnego.

Musiałam opracować program badań. W pierwszej kolejności postanowiłam zwrócić się do zakładu medycyny sądowej najbliższego uniwersytetu medycznego. Był to według mnie odpowiedni zakład, który identyfikuje różne materiały nieznanego pochodzenia.

26 stycznia 2014 r. zespół tego zakładu przyjechał do sanktuarium św. Jacka. W skład zespołu wchodził szef zakładu, który dokonał profesjonalnych oględzin sądowo-lekarskich i pobrał materiał do badania – 15 próbek. Badania były wieloprofilowe – m.in. histopatologiczne, genetyczne oraz mikrobiologiczne.

Próbek było dużo, gdyż zostały one pobrane nie tylko z badanego materiału, ale także z otoczenia, czyli z wody, w której Hostia była zanurzona. Pobrano wymazy z otoczenia kielicha, z miejsca, gdzie się on znajdował; zbadano także inne konsekrowane Hostie, wino oraz wodę z kranu. Były to bardzo profesjonalne oględziny. Należało teraz poczekać na werdykt. Wyniki przyszły w marcu.

Badanie histopatologiczne wykazało, że pobrany materiał był tkanką mięśnia sercowego, w znacznym stopniu zdegradowaną – najpewniej z powodu długiego przebywania w wodzie. Degradacja ta nastąpiła wskutek fizjologicznych procesów autodestrukcji.

Z powodu tego, że część badaczy znała pochodzenie materiału, trudno im było się przyznać do tych wyników. Wiedzieli bowiem, że badany materiał nie został podstawiony ani nie jest sfabrykowany. Członkowie zespołu sami bowiem pobierali materiał. Skąd zatem w środku badanej Hostii wziął się fragment tkanki mięśnia sercowego?

Okolicznością sprzyjającą nieudzielaniu odpowiedzi było to, że obraz badanego materiału nie był do końca wyraźny, gdyż był częściowo zniszczony. W związku z tym wykonano wiele badań histochemicznych i immunohistochemicznych.

Z kolei badania mikrobiologiczne oraz na obecność grzybów wykluczyły, by owa zmiana była jakąkolwiek kolonią bakteryjną czy grzybiczą. W badaniach genetycznych nie wyodrębniono żadnego DNA, co stanowiło podstawę do zwątpienia, czy tkanka ta rzeczywiście odpowiadała tkance mięśnia sercowego. Niezwykłe było jednak to, że nie znaleziono też śladów DNA, które winny być pozostawione przez osoby analizujące tę próbkę.

Tak naprawdę wszyscy, którzy badali próbkę, widzieli tkankę mięśnia sercowego. Brakowało im jednak odwagi, żeby powiedzieć: „Tak, to jest prawdziwa tkanka mięśnia serca”. Oficjalne wyniki były niejednoznaczne, ogólnikowe i bardzo odbiegały od jednoznacznych wniosków i opinii formułowanych w prywatnych rozmowach.

Prawdziwe ludzkie serce

Czułam, że wypełniam ważną misję, i byłam zdeterminowana, żeby ją doprowadzić do końca. Odczuwałam gniew, gdy widziałam, że badacze, którzy w prywatnej rozmowie mówili: „Tak, to jest to”, nagle oficjalnie nie chcieli się jednoznacznie wypowiedzieć.

Później jednak przyszła refleksja: Czy ja sama potrafię świadczyć o Bogu? W moim środowisku pracy, kiedy spotykam się z różnymi ludźmi, poruszane są czasem tematy dotyczące Boga i wiary. Czy jako lekarz korzystam wówczas ze swojego autorytetu, by świadczyć o Chrystusie, czy raczej uciekam przed jednoznacznym opowiedzeniem się za Nim, z lęku przed ostracyzmem, wykluczeniem, odrzuceniem czy krytyką?

Niechęć, a nawet oburzenie niektórych znajomych naukowców wobec mojej misji spowodowały, iż paradoksalnie poczułam się jeszcze bardziej zmotywowana do doprowadzenia sprawy do końca. Podobnych przeciwności miałam mnóstwo, ale właśnie widząc je, zrozumiałam, jak wielka to misja. Wraz z członkami komisji odwiedzaliśmy wówczas różne zakłady medycyny sądowej. Nie było tam osoby, której by ta historia nie poruszyła, choć reakcje bywały skrajne.

Trafiłam w końcu do Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Ma on ogromne doświadczenie w identyfikacji i badaniu DNA materiałów trudnych biologicznie, pochodzących na przykład z tzw. Łączki, na której zostały zakopane zwłoki żołnierzy niezłomnych.

Jeden z profesorów tego uniwersytetu powiedział, że wykona badania. Myślałam, że będzie to po prostu kolejna z wielu rozmów, tymczasem widać było, że naukowiec był wyraźnie poruszony tematem. Gdy spojrzał na zdjęcia preparatu, powiedział: „To jest tkanka mięśnia serca”.

Następnie profesor umieścił próbki w świetle ultrafioletowym i przepuścił je przez filtr pomarańczowy, po czym stwierdził, że nie ma tu żadnej wątpliwości! Na obrazie są uwydatnione wszystkie elementy tkankowe.

Obawiałam się jednak, czy profesorowi wystarczy odwagi do sformułowania tego na piśmie. Naukowiec zatelefonował do mnie i powiedział, że w czasie badań wykonano dwie amplifikacje materiału DNA i że tkanka ta z całą pewnością pochodzi od człowieka!

Profesor sformułował wyniki swych badań na piśmie. Dla mnie osobiście był to przełom. Zrozumiałam, że mieliśmy do czynienia z wydarzeniem, które z całą pewnością było cudem, bo nikt nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego w Hostii, która nie miała nic wspólnego z jakąkolwiek tkanką mięśniową, taka właśnie tkanka się znajdowała.

Badający próbkę lekarze nie wiedzieli, skąd ona pochodziła. Podwójnie wykonana próba potwierdziła, że jest to DNA człowieka i że jest ono pofragmentowane, co z kolei korelowało z obrazem histopatologicznym, ukazującym zniszczoną tkankę, która uległa destrukcji pod wpływem długiego przebywania w środowisku wodnym.

Lanciano

W międzyczasie, zachęcona naukowym podejściem szczecińskiego profesora, postanowiłam udać się do Lanciano, gdzie w VIII w. miał miejsce inny cud eucharystyczny. Miałam nadzieję, iż znajdę tam naukowców, którzy mi pomogą w mojej sprawie.

Pomyślałam, że wystarczy porównać DNA próbki z Legnicy z DNA cudownej Hostii z Lanciano. Na miejscu dotarłam do napisanego przez lekarzy ONZ raportu z 1991 r., który zawierał wyniki setek niezwykle szczegółowych badań Hostii z Lanciano.

Opracowanie to potwierdzało wyniki wcześniejszych ekspertyz oraz zawierało szereg nowszych badań. Wszystkie one stwierdzały, iż Hostia z Lanciano to tkanka mięśnia serca, które żyje, ale jest w stanie agonalnym. Jednakże raport ten nie formułował żadnych dalej idących wniosków i niczego nowego w zasadzie nie wnosił.

Gdy patrzyłam na rozmach przeprowadzonych badań i jednocześnie na całkowitą bezradność naukowców, którzy stali przed jakąś przekraczającą ich ludzkie pojęcie tajemnicą, przeszył mnie dreszcz. Widziałam, jak wielki jest Bóg, a jak nikłym pyłem była owa „wielka” nauka.

Raport ten obnażył całkowitą bezradność zespołu naukowców, niczym przecież nieograniczonego w swoich badaniach. Mając do dyspozycji wszystko, czym ówczesna nauka dysponowała, badacze ci byli w stanie stwierdzić jedynie to samo co jeden lekarz 10 lat wcześniej… Rzeczony raport kończył się znamiennym pytaniem: „Kim ty jesteś?”.

Powiedziałam wówczas swej córce, że kończymy lekturę tego dokumentu i idziemy do spowiedzi. Czytanie raportu było dla mnie punktem zwrotnym. Zrozumiałam wtedy prostą rzecz: że Pan Bóg pokazuje tyle, ile chce, i nic więcej.

Pojęłam też, co to znaczy, że On nas kocha. On nas kocha taką miłością, jaką pragniemy być kochani, tzn. w wolności i bezinteresownie, czyli tylko i wyłącznie za to, że jesteśmy. Niemożliwe jest zresztą kochać kogoś pod presją.

Nauka, wiara i pokora

Poprzez nadzwyczajne ingerencje i cuda eucharystyczne Pan Bóg pragnie nas poruszyć. Nie stawia nas jednak nigdy w sytuacji przymusu – w położeniu, w którym nie moglibyśmy się za Nim opowiedzieć, nie dysponując przy tym wolną wolą. Pan Bóg może nam dać znaki, dzięki którym nie będziemy mieli żadnych wątpliwości co do Jego istnienia. Jednakże Stwórca nie chce nikogo ograniczać w wolności.

Powiedziałam do siebie: „Do końca życia będziesz jeździć po świecie i z różnymi ludźmi rozmawiać, zawsze jednak będzie jakieś »ale«, gdyż zawsze ktoś poda twoje wnioski w wątpliwość”.

Zrozumiałam wtedy, że trzeba zaprzestać dalszych badań, gdyż ilość dowodów jest już wystarczająca. Reszta zależy od tego, czy Pan Bóg obdarzy kogoś łaską wiary. Z takim przekonaniem wracałam do domu.

Pan Bóg jednak w nadzwyczajny sposób zmienił przebieg mojej podróży. Z powodu pomyłki w umawianiu spotkania w Lanciano nastąpiła zmiana terminu mojego powrotu do Polski. Byłam więc zmuszona pozostać jeszcze jeden dzień w Rzymie.

Na porannej Mszy św. w bazylice św. Piotra „przypadkowo” spotkałam arcybiskupa Krajewskiego, który rok wcześniej, w czasie Bożego Ciała, był właśnie w Legnicy, gdzie go poinformowaliśmy o cudzie. Rozmowa z nim bardzo mnie wzmocniła.

Zrozumiałam wtedy, że nie wolno mi się ugiąć i że powinnam kontynuować swoją misję. To niesamowite, że spotkałam arcybiskupa właśnie w tym momencie. Wszystko, co mi wówczas powiedział, potem się sprawdziło.

Wróciłam do Legnicy. Tutaj biskup Zbigniew Kiernikowski poprosił mnie o przygotowanie dokumentów sprawy, gdyż wybierał się do Rzymu. Moja córka przez całą noc tłumaczyła na język włoski wszystkie dokumenty, mogłam więc nazajutrz dostarczyć je biskupowi, który zawiózł je do Kongregacji Nauki Wiary.

Myślałam, że trzeba się teraz będzie uzbroić w cierpliwość. Tymczasem odpowiedź z Watykanu nadeszła już po mniej więcej miesiącu! Było to 10 marca 2016 r. – w Wielki Czwartek… Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie procedury i tradycyjny czas potrzebny na rozpatrzenie tego typu spraw, była to błyskawiczna odpowiedź! Pan Bóg może wszystko.

Jeżeli chciał, żeby ten cud eucharystyczny ujrzał światło dzienne, to posłużył się nawet tak słabym narzędziem jak ja. Przeszłam tę całą drogę jedynie dlatego, że Pan Bóg tak chciał, a ja to tylko przyjęłam.

Wydaje się, jakby Bóg do nas mówił: „Będziesz wiedział tylko tyle, ile Ja chcę, żebyś wiedział”. Chcielibyśmy, żeby Pan Bóg dawał nam wielkie, jednoznaczne, spektakularne znaki. Nie rozumiemy jednak, że jest On w swej miłości niezmiernie delikatny i nigdy nie chce nas stawiać w sytuacji jakiegoś przymusu.

Analogicznie: ja – jako żona – nie chciałabym, żeby mój mąż kochał mnie tylko dlatego, że się mnie boi, lub dlatego, że nie ma innego wyjścia. Do miłości się nie zmusza.

Pan Jezus powiedział do Alicji Lenczewskiej: „Ukrywam się, aby nie zniewolić wspaniałością Mojego daru” (Słowo pouczenia, 430).

Słowa te bardzo mocno do mnie przemawiają. Żałuję, że tak późno je odkryłam. Nigdy nie będzie takiej sytuacji, że otrzymamy dowody, które wszystkich „rzucą na kolana”. Pan Bóg do niczego nie zmusza. Jeżeli człowiek szuka prawdy, to poszukiwania te doprowadzą go do decyzji wiary.

Na przykład: wszystko wskazuje na to, że płótno Całunu Turyńskiego pochodzi z czasów Chrystusa. Ja jednak muszę uwierzyć w to, że to właśnie Jezus był w ten Całun zawinięty. To musi być akt wiary.

Przez dwa lata badań nad wydarzeniem eucharystycznym w Legnicy dojrzewałam w wierze. Zawsze deklarowałam, że jestem osobą wierzącą. Jednakże moja wiara była dość powierzchowna. W głębi byłam w zasadzie taka sama jak osoby, które nie chciały przyjąć prawdy o obecności w Eucharystii żywego i prawdziwego Jezusa Chrystusa.

Byłam osobą bardzo niecierpliwą. Obecnie nadal bywam niecierpliwa, ale wiem, co to znaczy zgodzić się z wolą Bożą. W swoim działaniu staram się podchodzić do wszystkiego z dużo większą pokorą.

Jeśli proszę o coś Boga, to mówię: „Boże, proszę Cię o to, jeśli jest to zgodne z Twoimi planami. Jeżeli jednak nie otrzymam tego, czego chcę, to daj mi siłę na przyjęcie tego, co Ty chcesz mi dać. Jeśli będę miała problem z zaakceptowaniem tego, to przepraszam Cię za to. Daj mi czas, a ja to zaakceptuję. Daj mi siłę, a ja pójdę tam, gdzie chcesz”.

Życie jest naprawdę bardzo piękne. Czuję teraz jego smak.

Lek. Barbara Engel

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

Modlitwy_do_Szarbela_awantidotum-na-smierc_550x781947-Czyimi_dziecmi_jestesmy_aw