Boże miłosierdzie w najtrudniejszych chwilach mojego życia

Roman Kluska, założyciel firmy komputerowej Optimus, został w 2002 r. niezgodnie z prawem aresztowany. Wspominając po latach tamte chwile, podkreśla, jak wielką rolę miała wówczas dla niego wiara, a szczególnie treści zawarte w Dzienniczku św. Faustyny. Kluska jest symbolem walki przedsiębiorcy z nieuczciwymi urzędnikami, ale także etyki opartej na głębokiej wierze w Boga. Poniżej przedstawiamy jego niezwykłe świadectwo.

Po upadku komunizmu w Polsce założyłem własną firmę w branży informatycznej, która zaczęła się bardzo szybko rozrastać. Nasz sukces był wynikiem ciężkiej pracy wszystkich pracowników oraz naszych zdolności intelektualnych.

W ciągu kilku lat staliśmy się jedną z 20 najbardziej prestiżowych polskich firm, a za 1997 r. otrzymaliśmy nagrodę od Giełdy Parkiet dla drugiej firmy rynku podstawowego.

Proszę sobie wyobrazić – nie mieć nic i po ośmiu latach mieć drugą firmę Giełdy. Firmę, która już nie była jedną firmą, ale rozrosła się do 30 przedsiębiorstw, z czego trzy były liderami w swoich branżach (Optimus w branży komputerowej, Onet – w internecie, OPTIMUS-IC – dzisiaj to się nazywa Novitus – w kasach fiskalnych).

Pozostałe 27 firm wspaniale się rozwijało w niemal wszystkich dziedzinach, które były z nami powiązane. Osiągnęliśmy taką jakość swoich produktów, że byliśmy absolutnie liderem sprzedaży komputerów w Polsce.

Oprócz nas tylko Japończykom udało się zachować przodującą pozycję w sprzedaży komputerów we własnym kraju. Wszędzie indziej na świecie najlepsze pozycje miały firmy amerykańskie.

Dlatego nie dziwi, iż otrzymaliśmy wiele dowodów uznania właśnie od przedsiębiorstw z USA, w tym propozycję od znanej amerykańskiej firmy Lock-heed Martin, by stworzyć wspólny podmiot – tzw. joint venture [podmiot utworzony wspólnie przez dwa niezależne przedsiębiorstwa w celu realizacji określonego projektu – przyp. red.] – po 50% udziałów.

W ten sposób powstał Optimus-Lockheed Martin. Byliśmy jedną z dwóch firm na świecie, której Lockheed Martin zaproponował w tamtym czasie taki rodzaj współpracy. Otrzymaliśmy dostęp do jego unikalnych technologii.

Wydawało się wówczas, że nie ma granic naszego rozwoju, że Optimus wraz z Lockheedem i naszymi firmami przekształci się w światową potęgę.

Nie ma prawdziwego sukcesu bez biznesu opartego na etyce

Jestem przekonany, iż nie ma sukcesu prawdziwego, długofalowego bez biznesu opartego na etyce. Na dowód przytoczę tu jedno tylko znamienne zdarzenie.

Otóż jeszcze w okresie kierowania Optimusem zostałem zaproszony do Niemiec, do jednej z największych w Europie fabryk komputerów. Pomimo swego początkowego zachwytu nad jej zaawansowaniem technologicznym na odcinku linii montażowej, gdzie pracowały wyłącznie roboty, dość szybko doszedłem do przekonania o zasadniczych mankamentach w funkcjonowaniu tejże fabryki.

W czasie zwiedzania tego zakładu nieoczekiwanie spadła na mnie „klatka”, która – jak się później okazało – stanowiła element standardowej kontroli i zabezpieczeń przed bardzo licznymi przypadkami kradzieży podzespołów elektronicznych.

Okazało się, że mimo iż ten system klatek dla losowo wybranych przez system pracowników był niezwykle kosztowny, to wcale nie wyeliminował on problemu kradzieży, które generowały dla tej firmy ogromne straty.

Podczas podróży powrotnej do Polski skonstatowałem rzecz zaskakującą: przecież w Optimusie problem kradzieży części nie występuje! Przez całe 10 lat mojego kierowania firmą zdarzyło się nie więcej niż 5 bardzo niewielkich kradzieży – w porównaniu z tą niemiecką firmy to było nic! Skąd jednak brała się ta różnica?

Odpowiedź okazała się niezwykle prosta: w miejsce wymyślnych systemów zabezpieczeń wprowadziliśmy system funkcjonowania firmy oparty na etyce! Składały się na niego trzy bardzo proste zasady:

  1. Firma jest największą wartością dla pracownika (w kontekście pracy).
  2. Nigdy nie wymagaj od nikogo więcej niż od siebie!
  3. Ryba psuje się od głowy.

Ad 1. Co to oznacza, że firma jest największą wartością? To oznacza całkowite przewartościowanie stosunku pracownika do swojej pracy oraz przyjęcie postawy służby dla tego dobra wspólnego.

Ad 2. „Nigdy nie wymagaj od nikogo więcej niż od siebie” – to oznacza, że ja, jako szef, muszę na przykład punktualnie przychodzić do pracy (przez wszystkie lata kierowania swoją firmą nigdy, nawet o minutę, się nie spóźniłem!). W przeciwnym wypadku nie mógłbym wymagać od swoich pracowników, żeby przychodzili punktualnie, gdyż nie mógłbym wymagać od swych podwładnych tego, czego ja sam bym nie respektował.

Od swoich zastępców mogłem wymagać nie więcej niż od siebie – i taka zasada dotyczyła wszystkich moich pracowników.

Ad 3. „Ryba psuje się od głowy” – ta zasada oznacza, że najważniejszy przykład płynie z góry.

Jak te trzy proste zasady były realizowane? W nieskomplikowany sposób. Mianowicie każdy nowo przyjęty pracownik na początku pracy odbywał ze mną i następnie z moimi zastępcami spotkanie, na którym tłumaczyliśmy mu, że nie chcemy mieć w pracy pracowników, lecz partnerów – czyli osoby, które razem będą tę firmę tworzyły, rozwijały ją i czerpały z niej wspólne korzyści. To był pierwszy element tego systemu. Przedstawiałem w nim, że to nie jest firma czyjaś, tylko że to jest n a s z a firma – „nasza”, ponieważ wspólnie pracujemy i wspólnie dzielimy się sukcesem.

Drugi aspekt:

„Od nikogo nie wymagaj więcej niż od siebie!”.

Ta zasada jest bardzo prosta w realizacji. Podam tutaj przykład: żona z moim kierowcą, moim samochodem służbowym, jedzie w sprawie prywatnej. Firma jest moja (przez długi okres miałem w niej 100% udziałów, czyli teoretycznie wszystko było moje). Tak więc wszystko jest w porządku – czy jednak na pewno wszystko? Po powrocie żony mówię do swojej sekretarki:

„Pani Danusiu, proszę sprawdzić, ile taka usługa kosztowałaby w jakiejś normalnej firmie transportowej, i proszę na taką kwotę wystawić mi rachunek”.

„Ależ panie prezesie – oponowała sekretarka – przecież to jest Pański samochód!”.

Mnie jednak – jako prezesowi – sekretarka nie mogła odmówić, gdy obstawałem przy wystawieniu na taką usługę faktury, którą osobiście zawsze opłacałem.

Proszę sobie wyobrazić, że tak jak ja nie brałem z firmy nawet kartki papieru, to nie śmiał wziąć tego także mój zastępca, a jak nie brał zastępca, to nie brał dyrektor, a skoro nie brał dyrektor, no to nie brał i pracownik.

Te proste zasady powodują, że firma ma dużo mniej administracji wewnętrznej. Dzięki temu jest dużo bardziej elastyczna, a w branży takiej jak nasza elastyczność (czyli dopasowanie się do postępu technicznego) to było jej „być albo nie być”.

Firma oparta na etyce nie musi mieć skostniałych struktur wewnętrznych, rewidentów, nakazów ani zakazów. Dzieje się tak, gdyż my nie pracujemy w firmie, lecz jej służymy. A więc firma nie jest zbiurokratyzowana – jest elastyczna i nie jest podatna na wewnętrzną korupcję, bo wszyscy tejże firmie służymy.

W takim przedsiębiorstwie jest też dużo mniej prywaty oraz nieformalnych układów. Z firmą opartą na etyce nie da się wygrać! Żaden inny system organizacyjny nie jest w stanie być lepszy, jeśli działa bez etyki!

Oparcie się we wszystkim na Panu Bogu

Chciałbym opowiedzieć o rzeczy dla mnie najtrudniejszej, a zarazem najważniejszej – o oparciu się we wszystkim na Panu Bogu.

Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że nie chcę zarządzać swoją firmą w nowych warunkach, stworzonych przez władzę (dużej korupcji i nadmiernej biurokracji), podjąłem decyzję o sprzedaży Optimusa. Całe moje „imperium” zostało natychmiast sprzedane za część jego wartości, co i tak stanowiło ogromną kwotę.

Wówczas to moi prawnicy poinformowali mnie, że taka forma sprzedaży – za tak wielką sumę pieniędzy – nie podlega podatkowi dochodowemu. Trudno mi jednak było w to uwierzyć, dlatego – żeby się upewnić – wysłaliśmy do właściwego urzędu pismo ze stosownym zapytaniem i kopią umowy sprzedaży na odcinku finansowym. Jakież było moje zdziwienie, gdy nadeszła odpowiedź:

„W odpowiedzi na Wasze pismo informujemy, że w zaistniałej sytuacji podatek dochodowy od takiej formy sprzedaży Optimusa nie występuje”!

Przyjąłem to do wiadomości, a pismo z taką odpowiedzią do dziś przechowuję. Kilka dni później zostałem zaproszony do tego urzędu, gdzie usłyszałem następujące słowa:

„Panie prezesie, mamy w regionie różne potrzeby, a przecież pan tyle pieniędzy z podatku zaoszczędził”…

Nie była to korupcja, zrozumiałem jednak, że istnieje jakiś układ, do którego nie chciałem wchodzić.

W tej sytuacji zleciłem swoim prawnikom przeformułowanie umowy sprzedaży Optimusa w taki sposób, żeby już nie było wątpliwości, iż podatek na pewno zostanie nałożony – i go uiściłem, w wysokości 40% od wszystkich otrzymanych za sprzedaż firmy pieniędzy.

Pragnę tutaj podkreślić, iż zmianę tejże umowy, tak aby podatek na pewno występował, dokonałem całkowicie dobrowolnie. Uczyniłem ten gest dla dobra społeczeństwa, bo zgodnie z prawem wielu z moich znajomych (spośród tych, którzy sprzedawali swoje firmy poprzez udziały) podatku nie płaciło, a Naczelny Sąd Administracyjny swym wyrokiem potwierdził, że działali oni zgodnie z prawem.

Wydawało mi się, że jestem bohaterem, a tak naprawdę nie wiedziałem, co dalej robić. Pomimo iż zapłaciłem podatek, nadal miałem wiele pieniędzy. Zastanawiałem się nad swoją przyszłością. I pewnie długo bym się nad nią zastanawiał, gdyby pewnego dnia nie aresztowała mnie policja…

Zostałem zatrzymany przez policjantów, którzy o 6.00 rano weszli do mojego domu z nakazem przymusowego dowiezienia mnie do Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie – do Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej!

Zostałem poinformowany, iż zostanę skuty, gdyż groźni przestępcy uciekają z konwojów. Z tego powodu byłem zewsząd otoczony policjantami, a po przewiezieniu mnie do prokuratury zostałem umieszczony w klatce z metalowych prętów – takiej, w której trzyma się zwierzęta w cyrku…

Następnie w obecności pani prokurator odbyła się „konfrontacja” z moimi byłymi pracownikami, która, jak zapowiedziała pani prokurator, ma potwierdzić moją przestępczą działalność. Jedynymi wypowiedzianymi słowami w czasie owej konfrontacji były słowa:

„Prezes Kluska miał charyzmę”,

po czym oznajmiono mi, że jestem tak groźnym przestępcą, że zostanę odprowadzony do aresztu, otrzymam nakaz trzymiesięcznego aresztowania i będę siedział wiele lat…

Poinformowano mnie również, że cały mój majątek zostanie zabezpieczony na rzecz skarbu państwa, aby wynagrodzić krzywdy, jakie wyrządziłem Polsce!

Nigdy wcześniej w życiu nie byłem w prokuraturze, a tym bardziej w areszcie czy w więzieniu, toteż poprosiłem o możliwość otrzymania jednoosobowej celi. W odpowiedzi na swoją prośbę spotkałem się z drwiącymi spojrzeniami; kazano mi też oddać pasek od spodni i sznurówki.

Zostałem wprowadzony do czteroosobowej celi. Przebywało tam trzech innych więźniów, którzy przedstawili mi się następująco:

„Ja za zabójstwo”,

„Ja za wielokrotne włamanie”,

„Ja za pobicie”…

Jeden z nich zapytał mnie wtedy:

„A ty za co?”

– na co odpowiedziałem zgodnie z prawdą:

„Nie wiem!”.

Ku mojemu zaskoczeniu żaden z tych więźniów nie zrobił mi najmniejszej krzywdy. Po prostu wszyscy trzej całkiem mnie zignorowali. Jednakże w ciągu całej tej mojej pierwszej nocy spędzonej w celi głowę rozsadzały mi najgorsze myśli – doznałem wówczas największego poczucia krzywdy, niesprawiedliwości i zawodu.

Całe moje dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa oraz zaufanie do państwa i jego instytucji legło w gruzach… Nie mogłem pojąć, jak to się stało, że będąc całkowicie niewinnym, zostałem potraktowany jak najgorszy kryminalista…

Przecież dobrowolnie zapłaciłem państwu 40% wszystkiego, co zarobiłem. W Optimusie zawsze płaciliśmy podatki zgodnie z obowiązującym prawem. Dominowało poczucie ogromnej krzywdy…

Dzienniczek

Aresztowanie było dla mnie traumatycznym przeżyciem. Moje poczucie krzywdy i rozpacz w pierwszym dniu były większe, niż to można sobie wyobrazić… Do dziś słyszę o setkach różnych osób poszkodowanych w podobny jak ja sposób. Ale to już są wraki ludzi – po wylewach, sparaliżowani i z rozbitymi rodzinami…

Jak to się stało, że mnie się udało przejść przez to wszystko bez większego szwanku? Co takiego mnie uratowało? Otóż wybawił mnie jeden epizod z przeszłości.

Gdy wcześniej byłem obłożnie chory, znalazła się obok mojego łóżka mała broszura pt. Święta Siostra Faustyna i Boże Miłosierdzie. Byłem wówczas katolikiem takim jak wielu w tamtych czasach: zostałem ochrzczony, chodziłem co niedzielę do kościoła, starałem się dobrze postępować. Jednakże moja wiara była w tamtym czasie bardziej teoretyczna.

Zainteresował mnie wpierw fragment tej broszury, a następnie cały Dzienniczek św. Faustyny. Czytając go, mocno przeżywałem każde zawarte w nim zdanie. To była dla mnie wspaniała lektura.

Pragnę w tym miejscu podkreślić, iż dzieło to napisała kobieta, która ukończyła zaledwie trzy klasy szkoły podstawowej! Zawarła w nim wykład na 600 stron o tym, co jest dobre, a co jest złe. I wiecie, do jakiego wniosku doszedłem?

Otóż całe moje życie oparte było na logicznym postępowaniu i wyszukiwaniu nieścisłości. Jako szef wielkiej grupy firm, nauczyłem się oddzielać dobre projekty od złych. Aby móc dokonać tej selekcji spośród wielkiej liczby projektów, mój umysł wyspecjalizował się w odnajdywaniu nielogiczności, niespójności, niekonsekwencji, kombinacji oraz wewnętrznych sprzeczności.

I dlatego nie mogę tu nie wyznać swojego ówczesnego odkrycia, którego dokonałem po zakończeniu lektury Dzienniczka: w całym tym dziele mój umysł nie doszukał się ani jednej sprzeczności!

Byłem wówczas chodzącą pychą. Miałem przecież ponadprzeciętne zdolności intelektualne, osiągałem sukces za sukcesem, nikt w zasadzie nie mógł ze mną rywalizować – a tu nagle prosta siostra Faustyna dzieli się ze mną przepięknym wykładem, w którym nie odnajduję absolutnie żadnej, choćby najmniejszej, nielogiczności!

Mój logiczny umysł musiał uznać, że Dzienniczek powstał z inspiracji samego Boga. Jak bowiem mogłem sobie wytłumaczyć fakt, że mnie – wielkiego, pysznego prezesa – pokonała swym intelektem jakaś osoba, która ukończyła tylko trzy klasy szkoły podstawowej?

Uzyskałem więc logicznie uargumentowaną pewność, że to, co spisała siostra Faustyna, zostało jej podyktowane przez samego Pana Jezusa. Czy zatem my – Polacy – możemy mieć coś piękniejszego?

Tekst Dzienniczka został napisany po polsku, i to na dodatek współczesnym językiem. Zostało w nim spisane to, co się Panu Bogu podoba, i to, co Mu się nie podoba (co jest grzechem i czego nie należy robić); co jest dla Pana Boga ważne, a co jest dla Niego mniej ważne. Dzieło to stanowi wspaniały, obszerny i niezwykle precyzyjny wykład.

Jako Polacy musimy sobie uzmysłowić, jakie mamy szczęście, że zostaliśmy obdarowani taką perłą literatury mistycznej – objawionym przez Boga słowem. Potraktowałem je bardzo poważnie! Do tego stopnia, że kiedy po pracy wracałem bardzo zmęczony do domu (ok. godz. 21), to nie szedłem spać, dopóki nie przeczytałem dwóch-trzech zdań z Dzienniczka i ich nie „przeżyłem”! I tak codziennie, zdanie po zdaniu, przeczytałem cały Dzienniczek. To była duchowa uczta, to był dla mnie taki swoisty deser na koniec dnia.

Miłosierdzie Boże

To, że dziś żyję i normalnie funkcjonuję, zawdzięczam właśnie owemu spotkaniu z Dzienniczkiem św. siostry Faustyny. Co takiego było w tym dziele, że dało mi siłę zmierzenia się z całą koszmarną rzeczywistością, która mnie ogarnęła w dniu mego aresztowania i podczas mojej pierwszej nocy w celi? Dla mnie całe wyjaśnienie zawiera się w tym, co Pan Jezus mówi do św. Faustyny (parafrazując):

„Ty jesteś człowiekiem, a człowiek jest marnością. Ja tego marnego człowieka kocham miłością Boga. Nie kocham waszą – ludzką – miłością, która najczęściej jest interesownym układem, w którym jak ktoś jest dla Ciebie dobry, to Ty mu odpłacasz dobrem, a jak ktoś jest dla Ciebie zły – to Ty też mu odpłacasz złem. Nie! Moja miłość do człowieka jest bezinteresowna i bezwarunkowa!

Ja kocham każdego człowieka właśnie w tej jego marności, bez względu na to, jak postępuje. Jestem świadomy marności człowieka, bo go stworzyłem. I gdyby się tak zdarzyło, że na moją bezgraniczną miłość do człowieka ten marny człowiek – właśnie przez to, że jest taką marnością – potrafi się zdobyć na zaufanie równe mojej miłości – podobnie bezwarunkowe, to ten wspaniały akt – właśnie przez to, że człowiek jest taki marny (!), a mimo to (i bez względu na to, co się dzieje) potrafi Mi bezwarunkowo zaufać, tak jak Ja go bezwarunkowo kocham – to ten wspaniały akt zaufania posiada w moich oczach tak wielką wartość, że Ja sam troszczę się o tego człowieka, Ja sam rozwiązuję jego problemy, bo jestem Bogiem i mogę wszystko.

Owo bezgraniczne zaufanie oraz słowa: »Jezu, ufam Tobie!« – to jest klucz, żeby się otworzyło całe moje miłosierdzie i cała moja potęga”.

Moc zaufania

W dniu mojego aresztowania, po fikcji, jaką było „udowodnienie” moich rzekomych win w czasie konfrontacji, pani prokurator poinformowała mnie, że przez wiele lat będę siedział w więzieniu, a mój majątek posłuży do naprawienia szkód, jakie wyrządziłem państwu!

Poczułem wówczas, że żadna sprawiedliwość nie istnieje – że sprawiedliwość to jakiś żart, a instytucja państwa to jakaś fikcja. Cóż więc mi wtedy pozostało? Jedyną moją bronią była treść Dzienniczka. Zaufać!!! Bezgranicznie zaufać – na przekór temu wszystkiemu, co się tam działo. Jak jednak to uczynić, kiedy głowę rozsadzają myśli:

„Co dalej będzie?”,

„Co będzie z moją rodziną?”?

Jak zatem zaufać? I wymyśliłem wówczas jedyny sposób – będę bez przerwy powtarzał słowa:

„Jezu, ufam Tobie!”

– tak aby nie dopuścić do siebie złych myśli rozsadzających mi głowę. Tak więc przez cały wieczór i całą noc powtarzałem:

„Jezu, ufam Tobie!”

– bez przerwy, raz za razem. I wszystko inne przestało mnie wtedy interesować… Rano miałem otrzymać nakaz tego trzymiesięcznego aresztowania. A tu mija ranek, południe i nadchodzi wieczór… Ja tymczasem cały czas powtarzam:

„Jezu, ufam Tobie!”…

Dopiero wieczorem zostałem skuty, doprowadzony do pani prokurator i kiedy już chciałem wejść do tej swojej klatki, nagle ku swemu całkowitemu zaskoczeniu usłyszałem:

„Ależ panie prezesie! O żadnym aresztowaniu nie ma mowy! Kawy? Herbatki? Tu czeka na pana przygotowany gabinet. Jak pan prezes mi tutaj podpisze, że zgadza się na kaucję, to jest pan wolny!”.

Podpisałem i zostałem natychmiast uwolniony! Po wyjściu z budynku krakowskiej Prokuratury Apelacyjnej zobaczyłem szofera czekającego na mnie opodal od samego początku mojego aresztowania.

Po moim powrocie z więzienia najlepsi prawnicy, w tym członek Rady Legislacyjnej przy premierze, napisali ekspertyzy, iż po mojej stronie nie było najmniejszego naruszenia prawa. Wszystkie owe ekspertyzy były jednoznaczne i pewne.

Ja oczywiście bardzo szybko zapomniałem, w jaki sposób zostałem uwolniony, a sprawiedliwości chciałem dochodzić poprzez prawo. Niby racje prawne są po mojej stronie, ale nic się nie dzieje… Za to przychodzą do mnie pewni panowie i mówią:

„Jesteśmy przysłani przez pana prześladowców. […] Jak pan nie zapłaci, to ta sprawa nigdy się nie skończy”.

Po jakimś czasie otrzymuję od pani prokurator kolejne pismo o podwyższeniu zarzutów wobec mnie… Wynika z niego, że jestem jeszcze większym przestępcą! I tak mija pół roku dręczenia mnie przez wymiar sprawiedliwości… Rok, półtora roku…

Przestaję wierzyć w jakąkolwiek sprawiedliwość i, nabierając pokory, przypominam sobie, w jaki nadzwyczajny sposób opuściłem wcześniej areszt. Z największą pokorą jadę w Bieszczady do Zgromadzenia Sióstr Wielkiego Zawierzenia, gdzie mówię do Boga:

„Panie, ja Ci bezwarunkowo ufam! Nawet jeżeli jest Twoją wolą, abym do końca życia był »przestępcą«, to ja to przyjmuję i wyrażam na to zgodę – całkowicie zdaję się na Ciebie!”.

Moja żona była w stanie wypowiedzieć te słowa dokładnie tydzień później. W dniu, gdy i ona dała takie samo przyrzeczenie Panu Bogu, nagle Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie, w składzie siedmiu sędziów, ogłosił, że Roman Kluska w najmniejszym stopniu nie naruszył prawa.

Był to tzw. wyrok pewny, który musiał być potem przestrzegany przez wszystkie sądy w Polsce w podobnej sprawie. Ponadto stwierdzono wówczas, że wszystkie naruszenia prawa miały miejsce po stronie urzędów. I na tym ostatecznie sprawa się zakończyła.

Od tamtego czasu minęło już kilkanaście lat. Dzięki swemu zaufaniu Panu Bogu i przeżytemu w tamtym czasie cierpieniu stałem się lepszym człowiekiem. Zrozumiałem odtąd, jak wielka musi być miłość Pana Boga do nas, że dał nam On poprzez swoje cierpienie trybunał miłosierdzia – sakrament pojednania oraz Eucharystię.

Bóg cierpiał za marnego człowieka – jakże On musi nas kochać! Jednak jestem tylko człowiekiem i wiem, że droga zaufania nie jest łatwa.

I tak już trwam 17 lat w „szkole” u Pana Boga, gdzie – potwierdzam to z całą mocą – każde pełne zaufanie przynosi owoc, jakiego nie sposób sobie wyobrazić, ani tym bardziej przewidzieć. Zaufanie, modlitwa, sakrament pojednania i Eucharystia to najlepsza broń na trudne czasy!

Moc przebaczenia

Jako przedsiębiorca, codziennie borykam się z ogromną ilością problemów; na przykład niedawno się dowiedziałem, że jeden z moich pracowników przez swoją niedbałość spowodował olbrzymie straty finansowe w firmie.

W tej sytuacji pierwszą moją reakcją była wściekłość na tego mojego podwładnego, który dopuścił się tak wielkiego niedbalstwa. Ten stan trwał u mnie kilka godzin, ale potem doszedłem jakoś do siebie. Przyszła refleksja:

„A co mówisz w Ojcze nasz?”.

W modlitwie tej przecież proszę o przebaczenie dla siebie – tak jak ja przebaczam swoim winowajcom. I nagle dokonuję odkrycia: jakim ja jestem szczęściarzem! Skoro bowiem ów pracownik tak bardzo względem mnie zawinił, to jeśli ja mu przebaczę, no to dzięki temu, że przewinienie pracownika jest duże, to i darowanie będzie wielkie!!! Logiczne? Następnego dnia rozmawiam z tą osobą i tak mówię:

„Widzisz, coś zrobił? Ale jestem katolikiem i całkowicie ci przebaczam!”.

Natychmiast odczuwam uwolnienie z całego nerwowego napięcia i czuję się jak szczęściarz – ale to nie wszystko. Tego samego dnia nagle zgłaszają się do mnie dwie firmy, które pomagają mi rozwiązać część z powstałych wówczas problemów.

To jest tylko jeden z wielu przykładów Bożego działania w moim życiu, w którym staram się iść drogą wiary. Moc zaufania, moc przebaczenia i moc miłości jest wielka – tak wielka, że przerasta moje wyobrażenia!

Tajemnica cierpienia

Tak sobie myślę: dlaczego dobry Pan Bóg dopuszcza czasem na nas jakieś cierpienie? Otóż myślę, że człowiek jest taką marnością, iż najczęściej jak nie cierpi, to nie czyni refleksji nad sobą i swoim życiem ani nie podejmuje wysiłku, aby stawać się lepszym.

Najczęściej cierpienie jest jednak potrzebne – jest też ono, niestety, czasem ostatnim ratunkiem, aby zejść z drogi prowadzącej do cierpienia w czyśćcu czy do wiecznego potępienia.

Cierpienie, którego swego czasu doświadczyłem, spowodowało, że stałem się lepszym człowiekiem i dzięki temu podejmuję wysiłki, aby walczyć z różnymi swoimi ułomnościami i słabościami.

To nie otrzymanie nawet wielkich pieniędzy, ale refleksja nad złem, które czynimy, nad swymi błędami, duchowymi brakami, złymi skłonnościami czy nałogami przynosi rozwiązanie naszych największych życiowych problemów!

Kiedy wyeliminujemy ze swego życia zło, którego się dopuszczamy, wówczas okazuje się, że problemy „same” się rozwiązują.

Roman Kluska
Oprac. Jan Gaspars

Autor świadectwa uprzejmie prosi o nieprzesyłanie do niego korespondencji i o niekontaktowanie się z nim!

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Antidotum na śmierć. M. Piotrowski.Cuda Miłosierdzia Bożego