Chwycić Maryję za rękę

Poczułem, jak moja dusza rozpada się na milion małych kawałków. Wiedziałem, że duchowo umarłem… Następnego dnia byłem już przed konfesjonałem. Wyznałem swój grzech…

Maryja. To Ona uniżyła się i weszła do brudnej „stajenki” mojej duszy, aby mnie na nowo narodzić w Duchu.

Chciałbym opowiedzieć historię swojego nawrócenia oraz o tym, jaką rolę odegrała w nim Matka Boża.

W życiu swoich rodziców pojawiłem się w pewnym sensie przypadkowo. Byli oni daleko od siebie, czuli się bardzo samotni. Mieli nawet oddzielne pokoje…

Tata szukał upustu swoich emocji w alkoholu. Kiedy się upijał, padały w moim kierunku różne słowa. Uważałem, że tata robi to celowo i w ten sposób próbuje mi pokazać, że jestem jego wielką życiową porażką. Myślałem wtedy, że na nic dobrego nie zasługuję i jestem na świecie niepotrzebny…

Spragniony miłości

Byłem dzieckiem, któremu brakowało miłości. Robiłem wszystko, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę. Którejś nocy postanowiłem nabrać w usta garść tabletek z domowej apteczki. Nie była to próba samobójcza, ale rozpaczliwe błaganie o odrobinę uwagi…

Potem wielokrotnie myślałem o tym, aby odebrać sobie życie… Zarazem nieustannie prosiłem o drobne gesty miłości.

W gimnazjum zacząłem wpadać w złe towarzystwo, lecz wtedy pomogła mi muzyka. Nagrałem dwie płyty. Z czasem jednak zaczęli mi imponować raperzy, którzy celebrowali hedonistyczne podejście do życia.

Podobały mi się ich poglądy na świat oraz to, z jakim uznaniem społeczeństwa to się spotykało. W ich utworach seks pozamałżeński był przedstawiany jako coś dobrego i nawet koniecznego do dobrego funkcjonowania mężczyzny.

Byłem wtedy mocno niedowartościowanym człowiekiem i przyjmowałem światopogląd osób, które w ogólnej opinii były podziwiane i szanowane. Mocno utożsamiałem się z ich twórczością. Doprowadziło to do tego, że każda moja rozmowa z kobietą miała na celu zdobycie jej i wylądowanie z nią w łóżku…

To był bardzo trudny okres w moim życiu. Byłem spragniony miłości, lecz przez to, co się działo w domu, czułem, że nie zasługuję na miłość. Frustracja we mnie narastała… O Bogu wciąż mało wtedy wiedziałem. Bałem się Go. Patrzyłem na Niego przez pryzmat swojego ojca…

Sięgnięcie dna

Doskonale pamiętam moment, kiedy zacząłem spadać w czarną czeluść… Któregoś wieczoru koledzy zaproponowali mi, abym wybrał się z nimi do prostytutek. Stanowczo odmówiłem, jednak po chwili namysłu zaczęły docierać do mnie różne myśli. Nie myślałem wtedy racjonalnie. Pomyślałem, że może tam właśnie ujawni się moja męskość i poczuję tam coś, czego tak bardzo mi brakowało. I dołączyłem do kolegów.

W czasie drogi czułem, że robię coś złego, jednak perspektywa doznań, jakie mogły mnie tam spotkać, zagłuszała we mnie wszelkie sygnały rozsądku. To wszystko było okropne: sztuczny uśmiech – kolejny i kolejny. Szatan w tych miejscach miesza z błotem najwspanialsze dzieła Boga…

Kiedy wracaliśmy, śmiechem maskowałem swoją rozpacz. Gdy byłem już sam, poczułem, jak moja dusza rozpada się na milion małych kawałków… Wiedziałem, że duchowo umarłem… Następnego dnia byłem już przed konfesjonałem. Wyznałem swój grzech. Czułem się przez chwilę lepiej, ale cały czas dręczyłem się tym, co się wydarzyło. Później jednak ciągle popadałem w kolejne grzechy, miałem problem z masturbacją.

Wszystkie złe emocje się we mnie nasiliły, czułem się upokorzony. Unikałem bliższych kontaktów z innymi, bałem się nowych znajomości. Byłem przekonany, że ludzie nie mogą o mnie dobrze myśleć, że nikt mnie na pewno nie polubi. Wciąż wierzyłem w to, że jeśli którejś z kobiet nie zdobędę i nie zaprowadzę jej do łóżka, to będę nikim…

W kobietach widziałem w tamtym czasie jedynie obiekty do zaspokajania swojej „męskości”… Trwałem w stanie ciągłego napięcia. W tym czasie ukończyłem szkołę i zacząłem pracować jako grafik, często również w niedziele. Jakby automatycznie przestałem uczestniczyć we Mszy św. i przestałem się modlić.

Nie widziałem już nic złego w tym, co słyszałem od kolegów, którzy „chwalili się” współżyciem z prostytutką. Postanowiłem więc spróbować drugi raz… Co gorsza, nie czułem się z tym już źle, jednak nie zadowalało mnie to w najmniejszym stopniu. Wtedy poznałem dziewczynę, z którą szybko zaczęliśmy współżyć.

Myślałem, że w końcu zaczyna się w moim życiu układać – poznałem kogoś, kto mnie pokochał i kogo ja jestem w stanie kochać. Jednak szybko się okazało, że pomyliliśmy pożądanie z miłością… Poza tym kompletnie do siebie nie pasowaliśmy. Nadal więc trwałem w stanie, który określiłbym jako agonalny…

Dzieło miłosierdzia

Pewnego dnia, podczas kłótni, zacząłem się szarpać z tatą. Gdyby nie stanęła między nami mama, doszłoby do bójki. Wybiegłem z płaczem z domu… Postanowiłem się wyprowadzić, oczywiście z dziewczyną. Mieliśmy już nawet wybrane mieszkanie.

Jednak tydzień później miało miejsce wydarzenie, które wszystko zmieniło – dowiedziałem się, że moja umowa o pracę nie zostanie przedłużona. Cały mój plan przeprowadzki się wtedy rozpadł. Dziś odczytuję to jako działanie Boga.

W tamtym okresie tata przestał pić, uskarżał się na straszny kaszel i osłabienie. Lekarze podawali mu antybiotyki, które zupełnie mu nie pomagały. W końcu wylądował w szpitalu. Usłyszeliśmy diagnozę: zaawansowany rak płuc z przerzutami. Zapadła cisza…

Taką wiadomość trudno jest przyjąć. Ukrywaliśmy ją przed tatą, dopóki lekarze nie wykonali kompletu badań. To było straszne: odwiedzać go ze świadomością, że to być może ostatnie nasze wspólne chwile, a on sam snuł plany, co będzie robił, kiedy wyjdzie ze szpitala…

W końcu przyszedł czas spotkania z zespołem lekarzy, podczas którego mój tata poznał diagnozę. Jedyne, co lekarze mogli mu zaproponować, to chemioterapia paliatywna w celu przedłużenia życia. Tata odmówił, chciał wrócić do domu i w nim przygotować się na śmierć.

Wszystko działo się szybko. To doświadczenie bardzo nas do siebie zbliżyło. Przesiadywałem u taty w dzień i w noc, na zmianę z mamą i rodzeństwem. Niejedną noc przepłakałem.

Tata odszedł 22 stycznia. To było dzieło miłosierdzia, bo umierał w stanie łaski, z obrazkiem „Jezu, ufam Tobie!”. Tata trzymał mnie mocno za rękę; wraz z mamą i bratem klęczeliśmy u jego boku i odmawialiśmy koronkę.

Maryja prowadzi do Jezusa

Wraz ze śmiercią mojego taty zaczął umierać we mnie stary człowiek. W mojej rodzinie wszyscy czytaliśmy wtedy dużo o duszach czyśćcowych, aby się dowiedzieć, jak pomóc tacie. Modliliśmy się i uczestniczyliśmy w Mszach św. w jego intencji.

Czytałem w tamtym czasie różne artykuły o konsekwencjach grzechu; konfrontowałem to ze swoim życiem i coraz bardziej uświadamiałem sobie, że jestem na drodze do wiecznego potępienia… Przez słowa różnych świętych przemawiał do mnie Jezus, chcąc zwrócić moją uwagę na to, co mnie od Niego oddala – nieczystość.

Trafiłem na słowa Matki Bożej przekazane Hiacyncie: „Najwięcej ludzi trafia do piekła przez grzechy nieczystości” oraz na słowa Pana Jezusa do Rozalii Celakówny: „Najwięcej ranią moje serce grzechy nieczyste”.

Poczułem się wtedy jak oprawca Pana Jezusa… Od tamtej pory obiecałem Jezusowi już nigdy więcej w ten sposób Go nie skrzywdzić. Kiedy tylko zapragnąłem zadbać o czystość, Maryja od razu odpowiedziała na moją modlitwę – włożyła mi w ręce Traktat św. Ludwika.

Matka Boża oczarowała mnie. Rozkochałem się w Jej cnotach; do dzisiaj każdego dnia losuję karteczkę z Jej jedną wybraną cnotą i przez resztę dnia staram się ją naśladować. Zrozumiałem, jak wielką rolę Maryja pełni w naszym życiu duchowym. Zapragnąłem oddać się do Jej dyspozycji.

Szatan jednak wciąż walczył o mnie… Podczas mojego nawracania się mnożyły się we mnie lęki, nie spałem całymi nocami. Jednak kiedy pierwszy raz świadomie odmówiłem różaniec, wszystko się zmieniło – odtąd zasypiałem w objęciach Maryi.

Pokochałem różaniec – do dziś odmawiam cały. Różaniec to taka „randka” z Maryją! Ona chwyta za rękę i prowadzi, opowiadając o życiu Jezusa.

Byłem w tamtym czasie introwertykiem, uciekałem w samotność. Wtedy to Maryja zaczęła wypychać mnie do ludzi. Od tej pory sam sobie stwarzałem sytuacje, które zmuszały mnie do wychodzenia poza strefę własnego komfortu, tak aby umierał we mnie stary człowiek. Stałem się otwarty na ludzi; bardzo pragnąłem robić coś wartościowego, budować, a nie niszczyć. Kierowałem się perspektywą nieba.

Zacząłem odtąd w sposób czysty myśleć o sobie i innych. Bardzo łatwo wybaczyłem swemu tacie. Chociaż on traktował mnie bardzo surowo, to teraz wiem, że to było potrzebne, abym był tym, kim jestem. Dziś żartuję sobie, że moja relacja z tatą to był poligon, który hartował mojego ducha. Dzięki temu łatwiej radzę sobie w dorosłym życiu.

Gdy nadejdzie moment mojej śmierci, wiem, że tata po mnie wyjdzie; przytulę go wtedy mocno i podziękuję mu za całe życie. To wszystko było potrzebne, aby Bóg mógł mnie uformować takim, jakiego chce mnie mieć.

Msza św. stała się dla mnie najważniejszym momentem każdego dnia. Podczas Eucharystii wyobrażam sobie scenę, w której zły człowiek ma stanąć przed karą śmierci wiecznej, bo wyrządził ludziom bardzo wiele krzywd i nie zasługuje na miłość, a Pan Jezus, Król Królów, staje przed nim i obwieszcza, że oddaje za niego życie, żeby jemu było ono darowane. Tym człowiekiem, za którego Jezus oddaje życie, jestem ja sam…

Czystość uszczęśliwia

Czystość była dla mnie czymś abstrakcyjnym i powodem do żartów. Moje oko było chore. Czystość uwolniła mnie od wielu fałszywych przekonań, którymi wcześniej byłem faszerowany. Seksualność, która wcześniej prowadziła mnie do uprzedmiotowienia ciała, jest dziś dla mnie wielkim darem. Czystość mnie uwolniła i uszczęśliwiła – i tym chciałbym się dzielić.

Dzięki Maryi zapragnąłem pielęgnować czystość we wspólnocie Ruchu Czystych Serc. Jednak ponieważ wspólnotowe spotkania odbywały się w Warszawie, daleko od mojego miejsca zamieszkania, nie mogłem w nich uczestniczyć. I nagle trafiłem na ciekawą ofertę pracy na stanowisku handlowca, nieopodal Warszawy.

Okazało się, że moi przyszli pracodawcy również angażują się w Kościele, należą do Kościoła Domowego. Zdecydowali się mi zaufać. Dzięki temu stałem się członkiem RCS-u. Co ciekawe, na pierwszym spotkaniu Ruchu trafiłem na konferencję dotyczącą różańca. Uśmiechnąłem się szeroko do Maryi, bo wiedziałem, że to Jej sprawka.

Zaangażowałem się w tę wspólnotę. Zostałem animatorem w Wyszkowie i jednym z animatorów w Warszawie. Zapragnąłem, aby wspólnota RCS-u powstała również przy parafii w moim mieście – w Wyszkowie. I stało się – przy wielkiej pomocy ks. Jerzego Molewskiego, miała miejsce inauguracja RCS-u w moim mieście.

To niesamowite: kiedyś żartowałem sobie ze wspólnot kościelnych, a teraz staję na środku kościoła i sam popularyzuję czystość… Ruch Czystych Serc to wspólnota dla wszystkich, tym bardziej dla ludzi, którzy mają problem z czystością. Człowiek poprzez cielesną czystość może zadbać o czystość swojego ducha – i staje się w ten sposób szczęśliwy.

Jeśli zawierzy się Maryi, to Ona pomaga mu walczyć i chroni go swoim płaszczem. To Maryi „wielkie rzeczy uczynił Wszechmocny” i to przez Nią Pan wciąż chce czynić cuda. Życzę każdemu, aby chwycił za różaniec i zaczął walczyć o siebie – być może o swoją przyszłą rodzinę – i pozwolił się prowadzić Maryi.

Tomek

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

seyfo-awers_550x781mysli-na-kazdy-dzien-v2_550x781CD_Heres_550x781_aw