Cud polega na zaufaniu

Kiedy ksiądz stanął przy łóżku mojego taty, zadał mu pytanie, czy żałuje za swoje grzechy. Dotarło do mnie, że właśnie jestem świadkiem spowiedzi ojca, pierwszej od ponad 50 lat.

Chciałabym opowiedzieć historię, która nierozerwalnie związana jest z sanktuarium św. Jacka w Legnicy oraz z mającym tam miejsce cudem eucharystycznym. Jest to świadectwo nawrócenia mojego taty.

Byłam świadkiem całego procesu, który zaplanował Bóg, aby sprowadzić mojego tatę do domu Ojca. Procesu, który – na szczęście – zakończył się cudem.

Kiedy myślę o znaczeniu słowa „cud”, to przychodzi mi na myśl homilia arcybiskupa Grzegorza Rysia wygłoszona w archikatedrze łódzkiej. Kaznodzieja przypomniał w niej, na czym polega cud.

Wspominając Mojżesza i wyjście Izraelitów z Egiptu, arcybiskup zapytał: „Na czym polegał cud przejścia przez Morze Czerwone? Bo nie na tym, że rozstąpiła się woda. To przecież nic dziwnego. Pan Bóg może zrobić wszystko. Chce, to zsyła wiatr. Chce, to rozdziela wodę. To nie jest cud.

Cud polega na tym, że Żydzi to wezwanie podjęli, że przez to morze przeszli. Cud zawsze dzieje się w człowieku. W tym przypadku w Żydach, którzy odważyli się wejść w środek morza i je przejść. Choć fale mogły przecież wrócić, mogła znów pojawić się głębia.

Cud polega na zaufaniu. Zaufaniu, które ma miejsce w człowieku. Cud domaga się podjęcia decyzji, domaga się odpowiedzi. To niezbędny krok”.

Tak też było w wypadku mojego taty. Pan Bóg wszystko przygotował i czekał. Nasłuchiwał, czy z ust mojego taty usłyszy długo wyczekiwane „tak”…

Rekolekcje w Legnicy

Wróćmy jednak do początku, czyli do 1 lipca 2016 r. W tym czasie mój tato, już od ponad roku, żył z diagnozą: nieoperacyjny nowotwór płuc. Metody leczenia powoli się wyczerpywały, stan zdrowia taty stopniowo się pogarszał, nastąpiły u niego przerzuty…

Odkąd pamiętam, tato deklarował się jako osoba niewierząca i konsekwentnie swojej niewiary bronił. Mimo złego stanu zdrowia zdecydowanie odmawiał kontaktu z księdzem, a jakiekolwiek próby rozmowy z nim o sakramentach nie przynosiły rezultatów.

Im bardziej nalegałam, tym większy napotykałam opór… Zastanawiałam się, co jeszcze mogę zrobić w tej kwestii, bo czułam, że zostało już mało czasu.

Tymczasem 1 lipca 2016 r. w kościele św. Jacka w Legnicy trwały rekolekcje mające na celu przygotowanie do ukazania Relikwii Ciała Pańskiego. Rekolekcje te prowadził m.in. dominikanin o. Stanisław Przepierski.

W trakcie konferencji ojciec opowiedział o spotkaniu z żoną nieuleczalnie chorego oficera. Zapytała ona o. Stanisława, co ma zrobić, aby jej mąż zbliżył się do Boga, gdyż podobnie jak w przypadku mojego taty jej starania i prośby napotykały opór.

Dominikanin poradził tej kobiecie, aby odprawiła ona w intencji swego męża nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa według św. Małgorzaty Marii Alacoque.

Przerywając swoją opowieść, o. Stanisław zwrócił się do nas z zapytaniem, czy wiemy, dlaczego tych pierwszopiątkowych nabożeństw ma być akurat dziewięć, a nie np. dziesięć, siedem czy pięć. Powiedział, że to dlatego, że właśnie tyle miesięcy trwa ciąża, tyle czasu potrzeba, aby ukształtował się i narodził nowy człowiek.

Ta informacja była dla mnie jak grom z jasnego nieba. W jednej chwili zrozumiałam, że jest to odpowiedź, na którą czekałam. Teraz już wiedziałam, co mam zrobić: przecież właśnie jest pierwszy piątek miesiąca! Muszę zacząć natychmiast działać! Ojciec Stanisław zaznaczył, że po dziewięciu miesiącach żona wspomnianego mężczyzny potwierdziła mu skuteczność wspomnianego nabożeństwa.

Nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca

Po krótkim momencie euforii w mojej głowie pojawiło się pytanie, czy zdążę odmówić tę modlitwę. Mój tato już wtedy czuł się bardzo źle… Czy wytrzyma jeszcze dziewięć miesięcy? Mimo tych obaw zdecydowałam się rozpocząć nabożeństwo w intencji nawrócenia swego taty.

Na początku sierpnia przyjęłam drugą pierwszopiątkową Komunię św. W połowie tego miesiąca sytuacja mocno się pogorszyła. Ostatnią możliwością poprawiającą stan zdrowia mojego taty miał być zabieg redukujący zmiany nowotworowe w mózgu. Jednak organizm ojca był już bardzo słaby i wycieńczony chorobą. Istniało realne zagrożenie, że tato do tego zabiegu nie dotrwa albo że go nie przetrzyma…

Pamiętam, że wysłałam wtedy SMS-y z prośbą o modlitwę, m.in. do sióstr z Łagiewnik oraz do znajomego kapłana. Nie mogąc sobie znaleźć miejsca, poszłam na Mszę św. Tuż przed jej rozpoczęciem dostałam odpowiedź od księdza, że moja prośba zastała go w Rzymie, w bazylice św. Krzyża, gdy klęczał przed Relikwiami Męki Pańskiej. Napisał mi też, że zawierzył mojego tatę Odkupicielowi. Nadzieja wróciła…

Zanieść do Jezusa

Podczas gdy mój tato przebywał w szpitalu po udanym już zabiegu, odbierałam dużo telefonów od członków swojej rodziny z prośbą, abym przekonała tatę do przyjęcia chociażby sakramentu chorych.

Wtedy, chyba z natchnienia Ducha Świętego, przypomniała mi się historia o uzdrowieniu paralityka (Łk 5,18-19). Fragment ten mówi o sparaliżowanym człowieku, którego tak bardzo chciano przynieść do Jezusa, że spuszczono go wraz z łożem przez dach.

Powiedziałam wtedy swojej rodzinie, że ten sparaliżowany człowiek to mój tato, że choruje nie tylko jego ciało, ale też serce i dusza. Pan Jezus wzruszył się postawą tych, którzy tego chorego do Niego przynieśli i w swojej determinacji rozebrali dach.

„A zatem – pomyślałam – to od nas w dużej mierze zależy, czy tato stanie przed Panem Jezusem. To my mamy go zanieść przed oblicze Jezusa na noszach naszej wiary, bo my ją mamy”.

Tata został przeniesiony na oddział opieki paliatywnej do szpitala w Opolu, gdzie pod opieką lekarzy miał nabierać sił przed kolejnym zabiegiem. Spędziłam tam z nim trzy tygodnie.

Były to jedne z najtrudniejszych, ale jednocześnie najbardziej wyjątkowych w moim życiu dni. Z jednej strony doświadczałam widoku cierpienia, samotności, bezradności, a z drugiej zakosztowałam serdeczności, miłości i radości. W takim miejscu już nikt nie udaje, nikt tu nie nosi masek. Tutaj oddziela się rzeczy ważne od nieistotnych.

Będąc w Opolu, cały czas pamiętałam o nabożeństwie pierwszych piątków miesiąca. Niemal codziennie spędzałam czas na adoracji Najświętszego Sakramentu w kościele. Tam się modliłam, zwierzałam Panu Jezusowi, odpoczywałam…

Z dnia na dzień tato stawał się coraz słabszy; tracił równowagę, pojawiły się u niego ataki padaczki… Widziałam, że bardzo cierpi… Pogorszył się nie tylko jego stan fizyczny, ale też psychiczny…

Na oddziale Komunia św. była rozdawana dwa razy w tygodniu. Przy każdej nadarzającej się okazji delikatnie pytałam tatę, czy chce skorzystać z wizyty kapłana. On jednak konsekwentnie odmawiał…

Spowiedź po 50 latach

1 września siedziałam przy łóżku taty. Wiedziałam, że nazajutrz będzie pierwszy piątek września. Trzeci w moim nabożeństwie… Zależało mi na spowiedzi i porannej Mszy św. Siedząc przy tacie, zaczęłam się modlić. Byłam bardzo zmartwiona i zmęczona ciągłą niepewnością.

Pamiętam, że powiedziałam do Pana Boga tak: „Boże, sam widzisz, że jest źle. Stan mojego taty miał się poprawić, a się pogorszył. Boże mój, jutro jest trzeci pierwszy piątek miesiąca. Obiecuję Ci, że ja to nabożeństwo dokończę, ale gdybyś mógł przyjść już teraz, po trzech… Dziękuję”.

Nie pamiętam, ile czasu minęło od tej chwili do momentu, gdy za moimi plecami ktoś otworzył drzwi. Odwróciłam głowę i zobaczyłam przed sobą księdza, który zapytał, czy mój tato przyjmie Komunię św.

Popatrzyłam na tatę. Miał zamknięte oczy – spał… Odpowiedziałam więc, że nie. Ksiądz rozpoczął udzielanie Komunii św. pacjentom obok.

Razem z innymi modliłam się i nagle zobaczyłam, że mój tato ma otwarte oczy. Patrzył na mnie i powtarzał wszystko, co robiłam i mówiłam.

Podniósł prawą rękę, jak dziecko, które zgłasza się do odpowiedzi w szkole, a kiedy podeszłam i spytałam cicho, czego potrzebuje, z jego ust usłyszałam: „Komunii…”. Starałam się opanować emocje; podeszłam do księdza i opowiedziałam mu krótko, co się stało.

Trudno mi opisać, co wtedy czułam… Radość, niedowierzanie… Drżały mi ręce, serce biło mi mocniej, a do moich oczu napływały łzy, które później przestałam już powstrzymywać…

Kiedy ksiądz stanął przy łóżku mojego taty, zadał mu pytanie, czy żałuje za swoje grzechy. Dotarło do mnie, że właśnie jestem świadkiem spowiedzi ojca, pierwszej od ponad 50 lat… Wypowiedziane przez niego „tak” w moim odczuciu było czymś na kształt żalu doskonałego.

Pierwszy raz w życiu widziałam też tatę robiącego znak krzyża… Kiedy przyjął Komunię św., płakałam ze szczęścia. Ojciec otrzymał też sakrament namaszczenia chorych.

Po wyjściu ze szpitala odmówiłam Koronkę do miłosierdzia Bożego. Dziękowałam Bogu za to, że tak szybko mnie wysłuchał, że nie czekał nawet do piątku – przyszedł w jego wigilię…

Zastanawiałam się dlaczego… Ale Pan Bóg zawsze ma ważny powód… Nagle zrozumiałam! Tak usilnie myślałam o pierwszym piątku, że przeoczyłam pierwszy czwartek.

Czy po 50 latach jest lepszy dzień na przyjęcie Ciała i Krwi Pana Jezusa niż pierwszy czwartek miesiąca? Gdy sobie to uświadomiłam, znowu popłynęły mi łzy.

Od tamtego dnia tato zaczął powoli gasnąć. Jego stan się pogorszył, ból nasilił… Jadł coraz mniej, nie wstawał już z łóżka… Przyszedł taki moment, kiedy przy chorej osobie można już było tylko być.

Cały czas miałam wrażenie, jakby to wszystko było zgodne z jakimś planem, jakby Pan Bóg mówił: „Nareszcie! Tylko na to »tak« czekałem! Jeszcze chwila i niedługo cię zabiorę”…

Pewnego dnia przyszłam rano odwiedzić tatę. Chciałam go dotknąć, przywitać się, ale coś mnie powstrzymało, coś cofnęło mi rękę. Jakbym słyszała: nie przeszkadzaj, właśnie trwa „męska” rozmowa w cztery oczy… Po policzkach taty spływały łzy. Byłam pewna, że między nim a Panem Bogiem działo się wówczas coś bardzo ważnego…

Od tego pamiętnego czwartku mój tato już regularnie przyjmował Komunię św., tzn. w każdy czwartek i niedzielę. Ja natomiast każdego dnia modliłam się przed Najświętszym Sakramentem.

Prosiłam Pana Jezusa, aby przyjął cierpienie mojego taty. Prosiłam też Maryję, aby była przy nim, by się nie bał…

„Odmawiaj tę koronkę”

Chciałabym tu wspomnieć jeszcze jedno zdarzenie, które miało miejsce w ostatnich dniach życia taty. Bóg pokazał mi wtedy coś bardzo ważnego. Otóż do sali, w której leżał mój tato, przywieziono pacjenta w stanie terminalnym. Tego chorego nikt nie odwiedzał… Człowiek ten bardzo cierpiał, ale Pan Bóg z jakiegoś powodu zwlekał z zabraniem go do siebie.

Gdy kolejnego ranka weszłam do sali i zobaczyłam, że nic się nie zmieniło, pomyślałam, że skoro tego pana nikt nie odwiedza, to pewnie też nikt się za niego nie modli. W takim razie ja odmówię za niego Koronkę do miłosierdzia Bożego. Nie wiem, dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej… Po skończonej modlitwie poczułam jeszcze nieodparte pragnienie pobłogosławienia tego pana.

Pamiętając o szpitalnych zasadach, stanęłam przy jego łóżku i tylko patrząc na niego, pobłogosławiłam go w myślach: „Niech cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty”…

Po tych słowach nie słyszałam już więcej tego charakterystycznego oddechu, który wypełniał salę przez ostatnie dni. Dotarło do mnie, że ten pan umarł… Potrzebna była tylko koronka i błogosławieństwo… Wtedy to zrozumiałam, dlaczego Pan Bóg zwlekał: pokazał mi moc tej modlitwy.

Przypomniały mi się słowa z Dzienniczka siostry Faustyny: „Odmawiaj tę koronkę. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku” (Dz. 687);

„Gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę pomiędzy Ojcem a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny” (Dz. 1541).

Tata odchodzi do domu Ojca

Stan mojego taty diametralnie się pogorszył 10 września. Wieczorem cała nasza rodzina spotkała się przy jego łóżku. Następnego ranka, w niedzielę, gdy byłam w drodze do szpitala, tato zmarł…

Kiedy tego dnia uczestniczyłam we Mszy św., czytano Ewangelię św. Łukasza: „Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia” (Łk 15,1-32).

Po tych słowach poczułam tak wielką wewnętrzną radość, że wyparła ona cały mój smutek i odrętwienie. Miałam w tym momencie ochotę powiedzieć wszystkim, że dzisiejsza Ewangelia jest dla mnie…

Tak jak obiecałam Panu Bogu, nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca dokończyłam. Ostatnią Komunię św. przyjęłam 3 marca 2017 r.

Powiedziałam też Panu Jezusowi, że skoro doświadczyłam takiej łaski, to już nie opuszczę żadnego pierwszego piątku miesiąca. Jest przecież tyle osób wokół mnie, które nie znają jeszcze Bożej miłości, które się zagubiły… Kończę właśnie kolejną nowennę za trzecią już osobę.

Wiem, że Pan Bóg dotrzyma obietnicy, bo On jest wierny raz danemu słowu. Czas i miejsce wybierze sam. Gdzieś, kiedyś stworzy szansę, ażeby mógł wydarzyć się cud, by kolejna dusza mogła wrócić do domu Ojca.

Anna
Źródło: Archiwum parafii św. Jacka w Legnicy

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

Brat_Luck_aw_550x7817303-Jedno_serce_aw_550x781Kto_szuka_znajduje_aw_550x781