Czego możemy się nauczyć od kardynała Wyszyńskiego?

Beatyfikacja Prymasa Tysiąclecia jest potwierdzeniem świętości kard. Stefana Wyszyńskiego i wskazaniem na Niego jako na wzór do naśladowania.

Kardynał Stefan Wyszyński jako jedyny prymas w 1050-letniej historii Polski nosi wyjątkowe miano Prymasa Tysiąclecia. I choć jego życia, jak każdego człowieka, nie da się skopiować, to jednak wielu postaw możemy się od Niego nauczyć.

Zaufanie Panu Bogu

Soli Deo (Jedynemu Bogu) – hasło, które ks. Stefan Wyszyński wybrał na swój herb biskupi, najlepiej oddaje istotę jego duchowości: bezgraniczną wiarę i oddanie Panu Bogu.

„Nie wystarczy w Boga wierzyć, trzeba jeszcze Bogu zawierzyć!” – powtarzał.

O zaufaniu Panu Bogu trzeba pamiętać zawsze, a szczególnie w trudnych doświadczeniach. Tych zaś nie brakowało w życiu prymasa: przeżył dwie wojny światowe i trzyletnie więzienie, a całą swą posługę prymasowską sprawował w kraju rządzonym przez komunistów, którzy dążyli do zniszczenia Kościoła i ateizacji społeczeństwa.

„Moja droga była zawsze drogą Wielkiego Piątku” – wyznał, jednocześnie dodając: „Jestem za nią Bogu bardzo wdzięczny”.

W ciężkich chwilach kardynał nie dał się zwieść przeciwnościom, lecz opierał się na Bogu. Jedna z sióstr, wspominając wojenne losy wspólnoty z Lasek, zwróciła uwagę na fakt, że niezależnie od tego, jakie były napięcia zewnętrzne, ks. Wyszyński odprawiał nabożeństwa zawsze, i to z takim spokojem, jakby się nic nie działo.

To samo zauważono w siedzibie prymasa w Warszawie: ilekroć ludzie przygnieceni sytuacją w kraju i antykościelną polityką państwa odwiedzali kardynała, wracali uspokojeni i umocnieni.

Kardynał Wyszyński wierzył, że Bóg jak troskliwy Ojciec ma plan wobec niego i wobec świata, nawet jeśli w danej chwili człowiek tego sensu nie potrafi dostrzec.

„Trzeba umieć »wybaczyć« Bogu, że działa, jak chce, choć nas to boli. Dobroć Boga każe wierzyć, że wszystko podejmie dla innego dobra” – tłumaczył.

O tym, jaką rolę w znoszeniu przeciwności odegrało zaufanie opatrzności Bożej, możemy dowiedzieć się również z lektury Zapisków więziennych, w których kard. Wyszyński pisał:

Ufam kierowniczej łasce Bożej i wiem, ile przez nią zyskuję. Nie pytam: za co i dlaczego, bo ufam. Wystarczy mi mądrość, dobroć i miłość Boga jako sprawdziany wszystkiego, co mnie spotyka. Zresztą, czemu mam wszystko wiedzieć i rozumieć? Gdzież wtedy byłoby miejsce na ufność?

Rok ten [w więzieniu – przyp. red.] tak bardzo przekonał mnie o pełnej miłości mądrości Bożej, że niemal nie ma już miejsca na najdrobniejszy odruch oporu przeciwko woli Bożej. Rozum ufa, wola jest poddana. A serce, jeśli się odezwie tęsknotą za ołtarzem, za amboną, za wspólną modlitwą z ludem, to bardzo szybko wraca do równowagi”.

Zawierzenie Matce Bożej

„Jeżeli jaki program – to Ona…” – przekazał na łożu śmierci przedstawicielom episkopatu prymas, wyrażając swą wolę, by i w przyszłości Kościół w Polsce był wierny Matce Bożej.

Ten, który – jak sam wyznał – „wszystko postawił na Maryję”, od dzieciństwa rozwijał duchowość maryjną. Jej wyrazem było m.in. odprawienie przez późniejszego prymasa na Jasnej Górze Mszy św. prymicyjnej i przyjęcie przezeń w tym sanktuarium konsekracji biskupiej, a także jego chęć wstąpienia w młodości do paulinów. Więzi kardynała z Maryją nie rozluźnił jego pobyt w miejscu odosobnienia.

„Nie umiem jednego dnia spędzić bez Ciebie, bez Twego imienia, bez Zdrowaś, Maryjo, bez różańca, bez aktu oddania się Tobie. Czym byłoby życie moje, gdybym o Tobie zapomniał?” – pisał w tym trudnym czasie.

Po uwolnieniu (które – jak prosił na modlitwie – nastąpiło w miesiącu maryjnym) prymas przygotowywał naród do oddania się w macierzyńską niewolę Matce Bożej.

Jasnogórskie Śluby Narodu, Wielka Nowenna, peregrynacja kopii obrazu jasnogórskiego oraz obchody milenium chrztu Polski wypływały z duchowości maryjnej kardynała. Prymas przestrzegał jednak, by nie rozumieć tego wymiaru religijności jako skoncentrowanego na uczuciach i słowach, a niewymagającego zaangażowania w czyny.

„Nie wystarczy się modlić do Matki Bożej w niedzielę i święto – tłumaczył – trzeba współpracować z Nią, przyjmując odpowiedzialność za Kościół, idąc Jej śladami, nawet jeśli to droga pod krzyż”.

Hierarcha podkreślał także konieczność odnowy moralnej i duchowej wiernych, polegającej na naśladowaniu cnót Maryi oraz na życiu w służbie Jezusowi.

Życie w prawdzie

Z zaufania Bogu i zawierzenia Matce Bożej wyrastał nie tylko niezwykły pokój wewnętrzny Prymasa Tysiąclecia, ale i jego odwaga w głoszeniu prawdy. Czasy, w których żył kard. Wyszyński, były naznaczone kłamstwem. Propaganda marksistowska próbowała narzucić swój fałszywy dyskurs społeczeństwu.

Kardynał nie tylko nie uległ krętactwom władz reżimowych, ale wprost artykułował swój sprzeciw wobec łamania praw Kościoła. Czynił tak nawet wówczas, kiedy się spodziewał, że jego postulaty nie zostaną wprowadzone w życie.

„Chociaż nie oczekuję z takiego obrotu rzeczy nic pomyślnego dla siebie – pisał w prywatnych notatkach – to jednak sumienie moje znacznie się uspokoiło, gdy mogłem powiedzieć Rządowi to, czego wymaga prawda i dobro Kościoła. Gdybym milczał, zawsze mógłbym spotkać się z zarzutem, że niedostatecznie broniłem prawdy, a może przez to narażałem Kościół”.

Zasadę głoszenia prawdy niezależnie od reakcji władz Prymas Tysiąclecia stosował zarówno w czasie swych wielogodzinnych rozmów z kolejnymi ekipami kierownictwa PRL, jak i w słynnym memoriale biskupów polskich, w którym w odpowiedzi na zakusy władz wobec Kościoła padły słowa Non possumus!.

I choć kard. Wyszyński największy ciężar konfrontacji z komunistami w imieniu polskiego Kościoła brał na siebie, to swoją postawą uczył odwagi kapłanów i wszystkich wiernych. Był przekonany, że takie zachowanie wynika z Ewangelii.

Pisał: „Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo on budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jest jeszcze apostołem? Uczniowie, którzy opuścili Mistrza, już Go nie wyznawali. Dodali odwagi oprawcom. Każdy, kto milknie wobec nieprzyjaciół sprawy, rozzuchwala ich”.

Miłość przebaczająca

Kardynał Wyszyński kierował się w życiu nie tyko prawdą, ale i miłością oraz szacunkiem do każdego człowieka – niezależnie od tego, czy był to prosty człowiek czy przedstawiciel władzy. W swoich homiliach podkreślał znaczenie służby i ofiary z siebie. Uczył, że nie ma miłości bez poświęcenia i bez wyrzeczeń.

„O wartości życia rozstrzygają nie czyny, choćby wielkie, ale miłość, choćby mała” – mówił Prymas Tysiąclecia.

Sam dbał o atmosferę życzliwości w pałacu prymasowskim w Warszawie. Maria Okońska, najbliższa współpracowniczka kardynała, wspominała, że kiedy hierarcha zauważył, iż któryś z domowników się czymś martwi, „natychmiast się za to zabierał, pytał o powód, pocieszał, okazywał serce i pomagał, jak mógł”.

Kardynał Wyszyński okazywał niezwykły szacunek kobietom. Już w więzieniu postanowił, że zawsze wstanie, ilekroć kobieta wejdzie do jego pokoju, bez względu na to, czy to będzie „matka przełożona”, czy „siostra Kleofasa, która pali w piecu”, czy „najbiedniejsza z Magdalen”.

Hierarcha znany był także z udzielanej pomocy materialnej opozycjonistom, którzy ze względu na szykany władz tracili pracę i nie mieli za co utrzymać rodziny.

Tym jednak, co przede wszystkim świadczy o heroiczności prymasa, był jego stosunek do komunistów. Choć doznał od nich tyle krzywd i upokorzeń, nie pozwalał powiedzieć o nich złego słowa. Regularnie się za nich modlił i wszystko im przebaczał.

„Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził” – pisał w więzieniu.

10 lat później wyznał: „Nikogo na świecie nie uważam za swojego wroga, bo w sercu moim nie znajduję żadnego uczucia wrogości do nikogo. Tego mnie nauczył Pan mój Jezus Chrystus”.

Podobnych słów, wyrażających miłość do nieprzyjaciół, jest w pismach prymasa wiele. Znajdują się one także w jego testamencie napisanym w 1969 r.:

Uważam sobie za łaskę, że mogłem dać świadectwo Prawdzie jako więzień polityczny przez trzyletnie więzienie i że uchroniłem się przed nienawiścią do moich Rodaków sprawujących władzę w państwie. Świadom wyrządzonych mi krzywd, przebaczam im z serca wszystkie oszczerstwa, którymi mnie zaszczycili”.

Zadanie do wykonania

Prymas Wyszyński, otwarty na Boga i bliźniego, poważnie traktował swoje obowiązki pasterskie. Na każdym etapie swego powołania – począwszy od kapłaństwa, przez lubelskie biskupstwo, aż do prymasostwa – starał się z pomocą łaski Bożej jak najlepiej wypełnić swoje posłannictwo.

Nie inaczej traktował czas swego uwięzienia. W liście do siostry pisanym w tamtym okresie wyznał: „Jestem sługą Kościoła i w mojej sprawie jest więcej dróg i planów Bożych niż woli ludzkiej. Nie trzeba na nikogo się skarżyć, ani też do nikogo mieć żalu, tylko cierpliwie i spokojnie się modlić o to, by Bóg pozwolił wypełnić zadanie chwili obecnej”.

Niemarnowaniu czasu w więzieniu „na bezcelowe rozmyślania” służył sztywny plan dnia, który kardynał sobie narzucił, jak również codzienny rachunek sumienia.

W miejscu odosobnienia prymas z pokorą, ale i wdzięcznością patrzył na swoje powołanie: „Gdybym dziś narodził się na nowo, a zapytany – jaką drogę życia obrałbym – bez chwili wahania wszedłbym na drogę kapłaństwa, choćbym od początku jasno wiedział, że skończę w okowach Chrystusowych, we wzgardzie szubienicy. Lepiej być wzgardzonym kapłanem niż uwielbionym Cezarem”.

Hierarcha miał bardzo głębokie rozumienie swojej misji jako prymasa Polski. Przez sprawowanie sakramentów, głoszenie homilii oraz przez wielkie akcje duszpasterskie skoncentrowane na milenium chrztu Polski dbał o pogłębienie wiary katolików. Bronił Kościoła i walczył o należne mu prawa w rozmowach z władzami. Stał także na straży jedności Kościoła i narodu.

Kiedy kard. Wojtyła został papieżem i wiele osób się spodziewało, że kard. Wyszyńskiego czeka wysokie stanowisko w Watykanie, prymas obruszał się i odpowiadał, że jego miejsce jest w Polsce. Podobnie zresztą uważał św. Jan Paweł II, który pragnął, by 77-letni prymas do końca spełnił swoją misję w kraju. Tak też się stało. Umierając w 1981 r., prymas bynajmniej nie uważał, że jest niezastąpiony.

Z myślą o przyszłych losach Kościoła i Ojczyzny, pełen ufności w Bożą opatrzność, mówił: „Przyjdą nowe czasy, wymagają nowych świateł, nowych mocy, Bóg je da w swoim czasie”.

I rzeczywiście: osiem lat później upadł komunizm, rozpoczynając nowy etap w Polsce oraz w Kościele.

Patrząc na bogate dziedzictwo Prymasa Tysiąclecia, nie ma wątpliwości, że z jego przykładu i z jego nauki czerpać będą całe pokolenia. Za nieprzemijające przesłanie Prymasa Tysiąclecia można uznać słowa skierowane przezeń do młodzieży w 1966 r. w Gnieźnie z okazji uroczystości milenijnych:

„Tylko orły szybują nad graniami i nie lękają się przepaści, wichrów i burz. Musicie mieć w sobie coś z orłów! – serce orle i wzrok orli ku przyszłości. Musicie ducha hartować i wznosić, aby móc jak orły przelatywać nad graniami w przyszłość naszej Ojczyzny. Będziecie wtedy mogli jak orły przebić się przez wszystkie dziejowe przełomy, wichry i burze, nie dając się spętać żadną niewolą. Pamiętajcie – orły to wolne ptaki, bo szybują wysoko. […]

Pamiętajcie, że i Wy jesteście z pokolenia orłów. Niech to będzie dla Was znakiem, programem i ukazaniem drogi. […] »Wylęgajcie się« wszyscy na ziemi polskiej, która jest »gniazdem orłów« dla przyszłych pokoleń. W ramionach Jasnogórskiej Pani, Waszej Najlepszej Matki i Królowej Polski, szybujcie wysoko ku przyszłości Ojczyzny i Kościoła”.

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

seyfo-awers_550x781sw-szarbel-przyjaciel-Boga-i-ludzi_550x781slowo-pouczenia_550x781