Elżbieta i niedowiarek

Nie byłoby Elżbiety bez Feliksa, ani też Feliksa bez Elżbiety. Nie byłoby tu miejsca na żadne świadectwo, gdyby tych dwoje nie odkryło, że ich przeznaczeniem było małżeństwo.

Połączenie tych miłujących się dusz, naznaczonych jednak odmienną postawą każdego z nich wobec wiary, dało początek wyjątkowej historii.

W opowieść tę wprowadza nas najpierw i przede wszystkim sama Elżbieta, która – przelewając swoje rozważania na papier – pozostawiła po sobie pokaźne dzieło refleksji nad wiarą i miłością, a zaraz potem jej mąż, Feliks, którego świadectwo dopełniło obraz ich małżeństwa oraz dało dowód temu, że Boża łaska przenika każde ciemności, również te niewiary.

Elżbieta

Niepozorność – to pierwsze wrażenie, jakie można odnieść, spoglądając na jej fotografie. Za nimi kryje się jednak kobieta silnego ducha, pogodna i zdeterminowana.

Wiele mówi się o jej osamotnieniu w życiu ziemskim. Czy można jednak powiedzieć o kobiecie, która prowadziła zamożny dom, spraszała do siebie śmietankę towarzyską Paryża, aktywnie uczestniczyła w życiu rodzinnym, często wyjeżdżała w dalekie podróże i obracała się wraz z mężem w świecie, że była samotna? Tak bowiem można by opisać Elżbietę, skupiając się jedynie na tym, co zewnętrzne.

Było jednak jeszcze jej życie duchowe, i to w nim doznawała osamotnienia. Jednak Elżbieta doskonale nauczyła się integrować życie zewnętrzne z wewnętrznym, ascezę z życiem w świecie, i to bez cienia fałszu.

Urodziła się 16 października 1866 r. w Paryżu w zamożnym domu adwokata Antoniego i Marie-Laure Arrighich. Otrzymała religijne wychowanie jak większość dziewcząt pochodzących z katolickich, zamożnych domów. Już jako dziecko Elżbieta przylgnęła mocno do Boga, czemu wyraz dawała w swoich zapiskach w pamiętniku. Cieszyła się dostatnim życiem w miłującej się rodzinie, w której wielką wagę przywiązywano do dobrego wykształcenia. Jak każdego wierzącego, czekał ją jednak moment, gdy musiała samodzielnie i bardzo świadomie zdecydować, jaką ścieżką pójdzie.

Feliks

Moment ten przypadł na pierwsze lata małżeństwa. Panna Arrighi, która wyrosła na młodą i doskonale wykształconą kobietę, zakochała się w młodym lekarzu i dziennikarzu, człowieku oczytanym i aktywnym w życiu społecznym, Feliksie Leseurze. Para pobrała się w 1889 r. i żywiła do siebie niezwykle wielkie uczucie.

Feliks cenił swoją żonę nade wszystko: podziwiał jej wszechstronne wykształcenie, obycie towarzyskie, uważał ją za piękną i uprzejmą kobietę. Była jednak jedna rzecz, której nie pojmował – jej wiara. Mężczyzna nie mógł zrozumieć, jak tak światła osoba mogła uparcie trwać przy swoich przekonaniach religijnych.

Elżbieta, której Feliks wyznał tuż przed ślubem swój niezbyt gorliwy stosunek do Kościoła, szybko pojęła, że tak naprawdę ma do czynienia z wojującym ateistą. Ten zgrzyt nie gasił jednak jej miłości do męża, który tymczasem postanowił „popracować” nad religijnością swej małżonki. Był w tym na tyle skuteczny, że wiara Elżbiety faktycznie się zachwiała.

Leseur podsuwał żonie dzieła wolnomyślicieli, a wśród nich Ernesta Renana. Paradoksalnie jednak lektura jego antykościelnego Życia Jezusa pozwoliła się ocknąć Elżbiecie. Kobieta dopatrzyła się bowiem wielu rażących błędów oraz sprzeczności w tej książce i postanowiła je wykazać. To wzbudziło w niej na nowo życie duchowe. Czytanie i rozważanie Biblii oraz pism świętych sprawiło, że wiara pani Leseur stała się pewna i rozumna.

Sposób na męża

Czy Elżbieta, chcąc zachować swoją wiarę, widziała konieczność dokonania wyboru: Bóg lub mąż? Dla niej nie było tu podziału: ona wybrała Boga, wiedząc, że tym samym nie traci męża.

Miała piękną umiejętność bycia dalekowzroczną. Co prawda, musiała się pogodzić z pewnego rodzaju samotnością w swoim małżeństwie, ale wzbudziła w sobie ducha walki o to, by ta samotność nie miała przedłużenia w wieczności.

Postanowiła nawracać swego męża nie przekonywaniem i argumentowaniem swego stanowiska, ale przykładem i modlitwą. Tę zasadę Elżbieta przełożyła również na antykościelne środowisko, w którym ze względu na poglądy męża przyszło jej żyć.

„Unikać wszelkiej dyskusji na tematy religijne. Modlitwa, przykład, czyny lub słowa przeniknięte miłością i zrozumieniem – oto broń do skutecznej walki. Słowne utarczki nie torują drogi pojęciom o Bogu; promień miłości łatwiej nieraz rozświetli drogę, po której błąkają się owe biedne serca zrozpaczone, i doprowadzi je do przystani” – pisała Elżbieta.

Od teraz z miłością i świadomie towarzyszyła mężowi wszędzie tam, gdzie on jej potrzebował: podróżowała, prowadziła dom otwarty, uczestniczyła w spotkaniach śmietanki towarzyskiej Paryża, tak jak to lubił Feliks. Jednocześnie jednak nie zaniedbywała własnego rozwoju duchowego.

Jej wewnętrzne życie cechowała asceza i umartwienie. Elżbieta coraz bardziej pragnęła ciszy i ubóstwa. Wygospodarowywała im przestrzeń w swoim życiu, zawsze jednak gotowa z uśmiechem podjąć obowiązki pani domu i ofiarować Bogu to wyrzeczenie w intencji swego męża.

Jej program nie wypływał bynajmniej z potrzeby potajemnego przeciwstawienia się mężowi, po to by móc później nad nim tryumfować. Elżbieta, żyjąc w epoce mocno wybrzmiewającego marksizmu, zachwytu socjalizmem i racjonalizmem naukowym, widziała, jak dalece rodzące się poglądy, z którymi utożsamiał się Feliks, ranią Boga. Postanowiła wynagrodzić to Odkupicielowi i kochać Go jeszcze mocniej, właśnie dlatego, że nie był On kochany przez jej męża i jego przyjaciół.

„Kochać ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa. Żyć u stóp Jego krzyża, jednocząc się z cierpieniami Jego; osładzać swoją miłością Jego rany, a nade wszystko ranę Boskiego Serca”.

Zamiarem Elżbiety było więc zadośćuczynienie Bogu, a zaraz potem wypraszanie nawróceń, od jej męża poczynając. Tak weszła, zachęcana zresztą przez swego przewodnika duchowego, na drogę apostolatu, w nim znajdując swoje powołanie.

Do dzieła!

„Kazał mi Bóg żyć wśród ludzi, którzy przeczą prawdom wiary, którzy prawd tych nie znają. Chciał On zapewne, abym poznała i zrozumiała najróżnorodniejsze stany dusz, abym mogła z nimi współczuć i z większą miłością i wyrozumieniem potrafiła pochylać się nad niewiarą lub zwątpieniem” – pisała o swoim powołaniu Elżbieta.

Świadomość wezwania do bycia apostołką kazała jej gorliwie jednoczyć się z Chrystusem oraz modlić się za innych: „Rozumiem głęboko, czego wymaga ode mnie ów urząd apostołki i wszelkie obowiązki, jakie mu towarzyszą. Przede wszystkim sama potrzebuję coraz głębszego życia wewnętrznego. Bardziej niż kiedykolwiek mam czerpać miłość i pokorną pogodę w Eucharystii św.  i w modlitwie. Mam intencjom swym nadawać cel ściśle nadprzyrodzony”.

Rozumiała, że zaraz za tym powinien iść czyn: „Służyć ukrzyżowanemu Jezusowi Chrystusowi: modlitwą i uwielbieniem Go; prośbą o dobro dusz, które On kocha i zbawić pragnie i dla których zbawienia chce, abym z Nim współpracowała; przez pokutę, przyjęcie cierpienia i dobrowolne umartwienia; przez pokutę dla przebłagania Go i dla wynagrodzenia; przez miłość ofiarną dla dusz oraz gorliwość prawdziwie apostolską”.

W ten sposób Elżbieta stawała się narzędziem, by poprzez jej miłość do innych docierała miłość samego Chrystusa. Pod koniec swego życia ofiarowała Bogu siebie w zamian za nawrócenie Feliksa.

Postawa miłości

Ciekawe jednak, że Elżbieta widziała w tym powołaniu również wyzwanie, by nie uciekać od świata i współczesności, ale by wciąż się kształcić, być na możliwie najwyższym poziomie intelektualnym i móc o wszystkim rozmawiać. Studiowała filozofię, literaturę i historię; uczyła się języków; doskonale znała bieżącą sytuację społeczną i polityczną swego kraju.

W kontakcie z innymi cechowała ją prostota i szczerość, co przy jej stale pogodnym usposobieniu jednało jej serca rozmówców i budziło ich zaufanie. Pani Leseur zwracała dużą uwagę na to, by być zawsze wobec swoich rozmówców delikatną, by okazywać im poszanowanie. Wśród towarzystwa, w jakim się obracała, było wielu protestantów i żydów. Elżbieta wystrzegała się jednak jakiejkolwiek formy fanatyzmu.

Uważała, że wdzieranie się ze swoimi racjami w życie innych może być szkodliwe, gotowa więc była słuchać i w chwili odpowiedniej dla rozmówcy zabierać głos: „Nie akceptować wszystkiego, ale wszystko rozumieć; nie pochwalać wszystkiego, ale wszystko przebaczać; nie przyjmować wszystkiego za swoje, ale szukać we wszystkim cząstki prawdy, która się w niej zawiera. Nie odrzucać ani idei, ani dobrej woli, jakkolwiek wykrzywioną czy słabą by była. Kochać dusze jak Jezus Chrystus je ukochał”.

„Cierpienie jest czynem”

Nieraz przyszło Elżbiecie doświadczać pogardy i przykrości ze względu na jej poglądy, często zresztą okazywane nieświadomie. Tych, którzy uderzali w jej wiarę, w tym również swego męża, nazywała „drogimi niedowiarkami”, z miłością oddając ich w modlitwie Bogu.

Temu cierpieniu duchowej natury towarzyszyło też cierpienie fizyczne. Pani Leseur nigdy nie należała do silnych kobiet. Już w pierwszym roku małżeństwa zaczęła cierpieć na ropień jelita, a dolegliwości z biegiem lat przybywało. W 1907 r. zdrowie Elżbiety uległo pogorszeniu. Kilka lat później wykryto u niej nowotwór złośliwy. Przeszła w związku z tym operację chirurgiczną oraz radioterapię.

Cierpienie wykorzystywała jako narzędzie do współpracy z Bogiem: „Stoicy mawiali: »Cierpienie jest niczym« – i nie mówili prawdy. My zaś, chrześcijanie, lepszym światłem oświeceni, powiadamy: »Cierpienie jest wszystkim«, gdyż ono wszystko wyprosi, wszystko otrzyma. Przez nie Bóg godzi się na spełnienie wszystkiego, o co błagamy; ono to dopomaga miłosiernemu Jezusowi do zbawiania świata i dusz”.

Widząc w cierpieniu źródło niezwykle ścisłego zjednoczenia z Chrystusem, Elżbieta ośmielała się twierdzić, że „cierpienie to też sakrament”.

Dlatego, mimo bólu, pozostawała pogodną osobą i nie narzucała się nikomu swoim narzekaniem; nadal z uśmiechem przyjmowała światowych gości, choć było to dla niej coraz większym cierpieniem.

Nawrót raka piersi i przerzuty stały się ostatecznie powodem jej śmierci w maju 1914 r.

Szokujące odkrycie

Ostatnie lata wspólnego życia złagodziły nieco postawę Feliksa. Jednak widząc umierającą żonę, wpadł on w jeszcze większy gniew wobec Boga, któremu poprzysiągł nienawiść.

Po pogrzebie Elżbiety Feliks dokonał niesamowitego odkrycia. Jego szwagierka Amelia wskazała mu skrytkę w biurku, w którym zmarła przechowywała swój Dziennik i inne zapiski. Lektura tych zeszytów wręcz powaliła Feliksa.

Teraz dopiero odkrył swoją żonę w pełni; zobaczył, jaką pracę wewnętrzną wykonała i jak głębokie życie duchowe prowadziła. Odkrywał m.in. listy, które Elżbieta pisała do znajomych, pokrzepiając ich i dając im wskazówki duchowe, a także porady dla chrześniaków i siostrzeńców, którym duchowo „matkowała”, nie mogąc cieszyć się własnym potomstwem.

Feliks odkrył wreszcie testament, który zostawiła mu ukochana, gdzie zapewniając go o swojej miłości, prosiła go, by kontynuował dzieła charytatywne, jakich się podejmowała, i opłacał składki w instytucjach społecznych, do których należała.

Ta członkini Apostolstwa Eucharystycznego założyła bowiem w Paryżu dla robotnic Dom dla Dziewcząt, by miały gdzie godnie mieszkać, jadłodajnię dla robotników, a gdy zdrowie jej jeszcze pozwalało, pracowała w Związku Opieki nad Rodzinami oraz w Katolickim Związku Ludowym.

Angażowanie się w życie społeczne Elżbieta uważała za obowiązek wierzącego, bo jak pisała: „Socjalizm obiecuje lepszą przyszłość; chrześcijaństwo przerabia i udoskonala teraźniejszość”.

Dlatego prosiła swego męża na kartach testamentu: „Bądź chrześcijaninem, bądź apostołem!… Kochaj dusze, módl się, cierp i pracuj dla nich”.

Wszystko to było dla Feliksa zaskoczeniem. Największy szok przeżył jednak, gdy odkrył, jaką ofiarę zdecydowała się złożyć za jego nawrócenie.

Feliks początkowo był tym wszystkim mocno wzburzony. W 1915 r. wyspowiadał się jednak i pojednał z Kościołem. Zajął się też wydawaniem pism swojej zmarłej żony.

Mało tego: uzyskał też zezwolenie samego papieża Benedykta XV i w wieku 62 lat wstąpił do zakonu oo. dominikanów, przyjmując imię Marii Alberta. Feliks odegrał też znaczącą rolę w otwarciu procesu beatyfikacyjnego Elżbiety w 1934 r.

Wskazówka dla współczesnych

Niezwykłość Elżbiety nie polegała na heroicznych dokonaniach. Jej heroizm krył się w pozornie małych decyzjach dnia codziennego. Elżbieta wiedziała, naśladując w tym drogę św. Teresy od Dzieciątka Jezus, do której miała wielkie nabożeństwo, że codzienność i niepozorne drobiazgi są najistotniejszym budulcem naszej wiary:

„Nie patrzmy za daleko czy zbyt wysoko, ale przed siebie i na boki. Dobro, które można uczynić, jest być może tutaj”.

Za tą myślą szły konkretne postanowienia – codzienny rytm modlitwy, medytacja rano i wieczorem, częsta spowiedź i Komunia św., co miesiąc jeden dzień samotnie odprawianych rekolekcji.

W swej codzienności Elżbieta na pierwszym planie stawiała życie rodzinne i społeczne. Żyła tu i teraz – i to tę atencję dla własnej rzeczywistości przekazuje nam ta mało znana służebnica Boża.

Elżbieta i Feliks Leseurowie przypominają nam swoją historią o tym, że małżeństwo nie jest stanem pozbawionym dynamizmu. Elżbieta pojęła, że Feliks jest jej nie tylko dany, ale więcej – zadany.

Paradoksalnie niewiara Feliksa ukształtowała i umocniła wiarę Elżbiety. Umocniona wiara Elżbiety stała się natomiast zaczynem dla wiary Feliksa. Po ludzku wydaje się to nielogiczne, ale o Bożej logice tutaj mowa.

Sprowadza nas to do zdania wspominanej już św. Teresy z Lisieux, że naprawdę „wszystko jest łaską”, jeśli tylko zechcemy wejść w proponowany nam dynamizm. Nie ma sytuacji, z której Bóg nie mógłby wyciągnąć dobra.

Źródła: E. Leseur, Journal et pensées de chaque jour, Paris 2005; F. Suchodolska, Niewiasta mężna Elżbieta Leseur, Katowice 1935; www.parafiaiwonicz.pl/NW-Archiwum/wrzesien2008/najdrozszy_niedowiarek, H. Bejda, „Źródło” 2008, nr 31; 
www.elcause.org/la-femme.

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

the-royal-way-of-the-cross_550x781CD_Dlaczego_kosciol_katolicki_550x781_aw