In vitro. Po trupach do celu?

Nasze sumienia jakby przestały istnieć… Nie dawaliśmy dojść do głosu jakimkolwiek wątpliwościom, a podsycani propagandą „coraz większych sukcesów” w obszarze in vitro, ślepo brnęliśmy w tę sytuację.

Decyzję o in vitro podjęliśmy w 2014 r. Szybko i dotkliwie odczułam, że dopuściłam się wówczas czegoś, co mocno zaważy na dalszym losie mnie samej, mojego męża oraz naszego małżeństwa.

Wówczas jednak, po 14 latach małżeństwa i podobnym czasie starania się o dziecko, mieliśmy już za sobą dwa poważne kryzysy, setki wizyt lekarskich u najlepszych specjalistów od leczenia niepłodności, tony diagnoz, teorii, leków, zabiegów, kilka inseminacji, trzy operacje ginekologiczne i depresję.

Koszmarna bezsilność

Tak – my. My, bo tak samo dotykało to mojego męża, jak i mnie. To my znosiliśmy tę koszmarną bezsilność, niekończące się dojazdy do lekarzy, przekładanie wykończenia domu z powodu kolejnych kosztów, jakie pochłaniało leczenie – ale przede wszystkim nosiliśmy w sobie ból, strach i lęk o niepewną przyszłość. Lekarze stawiali coraz odważniejsze diagnozy, widząc, jak rozwijająca się we mnie endometrioza zajmowała otrzewną i kolejne narządy.

W tamtym czasie coraz częściej słyszeliśmy jedno: „Jedynym ratunkiem dla pani jest in vitro”.

Długo się przed tym wzbranialiśmy. Już inseminacje były dla nas czymś, co nas mocno dotykało. Choć nie byliśmy wtedy specjalnie religijni, to jednak istniała w nas jakaś sfera powodująca opór przed tego typu ingerencją. Podskórnie czuliśmy, że podejmując decyzję o zapłodnieniu pozaustrojowym, przekroczymy pewną niepokojącą granicę.

Przed podjęciem decyzji o in vitro powstrzymywały nas również finanse. Były w tym emocjonalnie napiętym czasie jak lejce, które kazały nam wyhamować. Ostatecznie jednak zostały one przecięte w chwili, gdy szpital ginekologiczny przy ul. Polnej w Poznaniu ogłosił refundację zabiegu.

Wystraszeni pogarszającym się, według lekarzy, stanem mojego zdrowia, obolali i niewidzący już żadnego światła w tym mrocznym tunelu, postanowiliśmy skorzystać z programu refundacji.

Od tego momentu nasze sumienia jakby przestały istnieć. Nie dawaliśmy dojść do głosu jakimkolwiek wątpliwościom, a podsycani propagandą „coraz większych sukcesów” w obszarze in vitro, ślepo brnęliśmy w tę sytuację.

Po kilku miesiącach oczekiwania i przygotowań znalazłam się w sali zabiegowej, gdzie pobrano ode mnie komórki jajowe. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Jednak do czasu… Jeszcze tego samego dnia się okazało, że zarodki nie mogą być mi podane, ponieważ (pierwszy raz w okresie kilkunastu lat regularnych badań) moje hormony oszalały i ciąża w takim stanie organizmu była, w ocenie lekarzy, niemożliwa.

Ono jest, żyje

W tym momencie zaczął się dla nas prawdziwy dramat. Zarodki zostały zamrożone; miało być ich cztery, ale ostatecznie poinformowano nas, że trzy z nich obumarły – okoliczności tego budzą nasze wątpliwości do dzisiaj. Przeżył tylko jeden, który został zamrożony.

Przez dwa kolejne miesiące nieprawidłowe poziomy moich hormonów uniemożliwiały „podanie”… dziecka. Tak, w tym czasie po raz pierwszy tak naprawdę zrozumiałam, że już jestem matką. Matką trojga nieżyjących dzieci oraz jednego, które kolejny miesiąc czeka z dala od mojego troskliwego, ciepłego łona – w zamrażarce.

Dotarło do mnie wtedy bardzo wyraźnie, że my mamy dzieci – nie zarodki, nie komórki, ale dzieci. Mamy żyjące dziecko, synka albo córeczkę, które ma brązowe oczy po mamie albo niebieskie po tacie. Które jest szalone jak mama albo wyważone jak tata. A może to synek, który kocha majsterkować jak jego ojciec albo grać na pianinie jak mama? Który ma geny swoich dziadków i pradziadków. Człowiek, którego to my powołaliśmy na świat. My! W swojej tak ślepej desperacji, która pozwoliła nam podjąć to brutalne ryzyko unicestwienia człowieka dla chęci posiadania dziecka ponad wszystko.

W kolejnym, trzecim już miesiącu, do moich objawów hormonalnych doszły neurologiczne. Nasilający się u mnie od tygodni ból głowy któregoś dnia po prostu uniemożliwił mi dalsze funkcjonowanie – w pewien czerwcowy poranek mój organizm odmówił posłuszeństwa.

Widziałam swoje ręce, ale nie byłam w stanie nimi sterować. Moje oczy patrzyły na moją prawą rękę próbującą podnieść szklankę wody do ust, a ona wędrowała gdzieś obok głowy. Zaczęłam powłóczyć nogami, przestawałam powoli cokolwiek czuć. Jedynym, co wówczas czułam, było to, że w każdej chwili może się zakończyć moje życie, a wraz z nim – życie tego maleńkiego człowieczka, który straci matkę…

Ciągle był ze mną mój mąż: czuły, kochający, opiekuńczy i – przerażony. Dla mnie w tamtej chwili był on też ojcem, który może za moment stanąć przed dylematem: co zrobić z naszym dzieckiem, które już nie ma matki albo ma matkę „roślinkę”? W końcu postawiono mi diagnozę: zapalenie opon mózgowych, stan bardzo ciężki. Lekarze przewidywali najgorsze…

Poważny błąd

Mimo że pełne wyzdrowienie zajęło mojemu organizmowi znacznie krótszy czas, niż przewidywali lekarze, umieszczenie naszego dzieciątka w moim łonie było możliwe dopiero po roku od opuszczenia przeze mnie kliniki neurologii.

Myślałam wtedy, że po tak trudnym okresie już nic złego nie może się zdarzyć; że jesteśmy jako małżeństwo silni jak nigdy. Wiedzieliśmy, jakie są szanse na „przyjęcie się” ciąży po takich przejściach i przy tylko jednym dzieciątku. Staraliśmy się podchodzić do tego racjonalnie, nie tracąc zdrowego rozsądku, eliminując zbędne emocje i czekając cierpliwie.

Oboje z mężem mieliśmy dynamiczną pracę zawodową; podróżowaliśmy po świecie, rozwijaliśmy swoje pasje. Przez pierwsze miesiące skutecznie udało się nam zagłuszyć coraz silniej dręczące nas sumienie, ale im dłużej nasze dziecko na nas czekało, tym ciężej było nam z tym żyć. W końcu wątpliwości przerodziły się we frustrację.

Wiedzieliśmy już, że nasza decyzja o poddaniu się zabiegowi in vitro była bardzo poważnym błędem; coraz szerzej otwierały nam się oczy. Zachowanie lekarzy, bardzo instrumentalnie podchodzących do tego, czego dokonywali, rodziło w nas coraz więcej wątpliwości. Dla nich były to tylko jedne z wielu komórek. Dla nas – życie. Nasze życie, bo choć stworzone w sztucznych warunkach, to przecież z nas samych.

W tamtym czasie napięcie w naszym małżeństwie rosło, a my coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie. Całe to zdarzenie kompletnie zdruzgotało naszą jedność; został tylko jakiś sztucznie podtrzymywany twór. Umieraliśmy, żyjąc obok siebie…

Wyobraź sobie to uczucie, gdy zaczynasz sobie uświadamiać, że coś, do czego zostałeś powołany jako człowiek, czyli rodzenie życia, zostało sprowadzone do mechanicznego działania w laboratorium, bez udziału miłości i czułości. Tak właśnie zaczęliśmy się czuć wobec siebie. Jakbyśmy pozwolili sobie odebrać najważniejszą część naszego człowieczeństwa…

Kiedy nadszedł dzień umieszczenia naszego dziecka w mojej macicy, byliśmy już na skraju wyczerpania. Dwoje bliskich sobie ludzi, którzy w tym momencie byli od siebie dalej niż kiedykolwiek przedtem.

Tuż po zabiegu coś w nas pękło; otworzyła się rana, a z niej wypłynęło wszystko to, co latami w sobie nosiliśmy, udając nawet przed samym sobą, że zmierzamy w dobrym kierunku. Bo przecież intencję mieliśmy dobrą – dać życie i miłość. Czy może być piękniejsza? A mimo to nie zostaliśmy rodzicami…

Okradzeni z nadziei

Na korytarzach klinik leczenia niepłodności poznaliśmy dziesiątki, jeśli nie setki takich par jak my – zdeterminowanych, zniszczonych, ale ciągle wytrwale brnących do upragnionego celu. Ostatnia deska ratunku o nazwie in vitro okazywała się dla nich gwoździem do trumny, mimo że ich droga nie była tak skomplikowana jak nasza.

Wiele par nie przetrwało: ludzie przegrywali z traumą, depresją albo po prostu silna stymulacja hormonalna do zabiegu powodowała takie rozregulowanie organizmu kobiety, że nie miał on już siły na ciążę…

Wśród nich są też pary żyjące teraz z ogromnym dylematem: ich dzieci nadal czekają w zamrażarkach, a oni z różnych powodów nie są w stanie podjąć się kolejnej próby.

Wiecie, jaki odsetek par poddających się in vitro kończy jako poranione i okradzione z nadziei? 8, a nawet 9 na 10 par! Kliniki chwalą się statystykami urodzeń, ale nigdzie nie podają, ile zarodków (ludzi!) straciło życie i ile par wylądowało na kozetce u psychologa albo rozpadło się w drodze do tych narodzin…

Najsmutniejsze jest w tym wszystkim to, że zamiast chronić te pary, skazuje się je na przechodzenie tego samego co my – wspierając w ten sposób in vitro, zamiast doskonalić procedury diagnostyczne, czyli znajdować i usuwać faktyczne przyczyny niepłodności. Wiele par decyduje się na in vitro z refundowanych programów, bo nie mają pieniędzy, żeby poddać się kolejnym, pogłębionym badaniom, które nie są wykonywane w ramach procedury uznanej za „standard UE”.

Ta standardowa procedura pomija kompleksowe spojrzenie na pacjenta. Wywiady lekarskie są w niej okrojone; lekarze nie biorą pod uwagę wielu aspektów, więc obraz diagnostyczny jest niepełny.

Diagnozy są stawiane źle lub opisywane sformułowaniem „niepłodność pierwotna” – i dalej proponuje się już tylko in vitro. Problem pozostaje jednak nierozwiązany, bo ciąża najczęściej się nie zagnieżdża albo kończy się poronieniem. Jedynymi prawdziwie „wygranymi” są lekarze zajmujący się in vitro. Dla nich każdy zabieg jest „sukcesem”.

Paulina i Artur Kurkowscy

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

1550-Twoje_zycie_aw