Moim oczom ukazał się cud

Nie wiedzieliśmy, jak dalej potoczą się losy konsekrowanej Hostii, ale wiedzieliśmy, że Bóg dał nam znak, iż chce, abyśmy jeszcze bardziej Go kochali i więcej mówili światu o Jego cudownej obecności w Eucharystii

Nie pamiętam, ile miałem lat, kiedy się dowiedziałem o jednym z najstarszych cudów eucharystycznych na świecie. Cud w Lanciano miał miejsce w VIII wieku.

Pewien mnich nie wierzył w to, że Jezus jest obecny w Eucharystii. Kiedy pewnego dnia odprawiał Mszę św., na jego oczach chleb przemienił się w ludzkie ciało, a wino w krew.

To wydarzenie znane jest dziś na całym świecie, a relikwie, mimo iż mają już 1200 lat, wciąż są czczone przez wiernych i badane przez uczonych, którzy w XX wieku, pod raportem opisującym wyniki najbardziej precyzyjnych i najnowocześniejszych badań, bezradnie zadają pytanie: kim Ty jesteś?

Całe życie marzyłem o tym, aby zobaczyć cud w Lanciano. Nigdy nie wątpiłem w to, że Jezus jest obecny w Eucharystii. Spotkanie z Nim we Mszy św. zawsze było dla mnie szczególnym dotknięciem łaski.

Gdzie tylko mogłem, opowiadałem o Lanciano i o Buenos Aires: podczas katechez, w luźnych rozmowach, w czasie homilii. Czytałem też o innych cudach. Niestety, nawet Sokółka była dla mnie zbyt daleko, żeby móc na własne oczy zobaczyć nie tylko substancjalną, ale też fizyczną przemianę.

25 grudnia 2013 r. sprawowałem poranną Mszę św. w sanktuarium św. Jacka Odrowąża w Legnicy. Była to moja pierwsza Msza św. tego dnia. Do Komunii św. przy ołtarzu przystąpił wtedy ceremoniarz. Przyjmował Komunię pod dwiema postaciami. Niestety, Najświętszy Sakrament nie trafił do jego ust – upadł tuż przy stopniu ołtarza.

Podniosłem Hostię i włożyłem ją w kielichu z wodą do tabernakulum. Potem rozdawałem Komunię św. jak zwykle. Po kolejnej Mszy św. pojechałem do swoich bliskich, aby świętować Boże Narodzenie. Ten dzień był zwyczajny. Nie różnił się niczym od innych uroczystych świąt.

Dwa tygodnie później przygotowywałem się do kolędy. Kolejny zwyczajny dzień. Ministranci byli już ze mną w moim mieszkaniu, kiedy zadzwonił mój telefon. Proboszcz kazał mi wszystko zostawić i natychmiast zejść na dół.

Kiedy przyszedłem, był z nami jeszcze jeden pracujący w parafii ksiądz. Proboszcz powiedział nam, że złożona przeze mnie w tabernakulum Hostia pozostała nierozpuszczona, co było dziwne po takim czasie, a na jej krańcu pojawiło się przebarwienie.

Poszliśmy do kościoła zobaczyć to na własne oczy. Wtedy po raz pierwszy moim oczom ukazał się cud Eucharystii, cud podobny do tych, którymi byłem zafascynowany, chociaż wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z cudem.

Ja jednak wiedziałem, że w tej Hostii jest rzeczywiście obecny Pan Bóg. Sprawowałem przecież Mszę św. i to ja Go tam umieściłem. Nie wiedzieliśmy, jak dalej potoczą się losy konsekrowanej Hostii, ale wiedzieliśmy, że Bóg dał nam znak, iż chce, abyśmy jeszcze bardziej Go kochali i więcej mówili światu o Jego cudownej obecności w Eucharystii.

Ten dzień zapamiętam do końca swojego życia. Po powrocie z kościoła ruszyłem z ministrantami na kolędę. Z nikim nie rozmawiałem o tym, co właśnie przeżyłem, pamiętam jednak dokładnie, że tego dnia odwiedzałem mieszkańców ulicy Zielonej.

Pamiętam też, o czym z nimi rozmawiałem, ponieważ skupienie się na tym, co mówią, oraz jednoczesne przetrawienie myśli o tym, co niedawno widziałem, kosztowało mnie wiele wysiłku.

Następnego dnia zrobiłem zdjęcia i wspólnie z księżmi pojechaliśmy do księdza biskupa, żeby opowiedzieć mu o tym, co się stało. Ksiądz biskup nakazał nam odczekać jeszcze dwa tygodnie. Zobowiązał nas do zachowania tajemnicy i powołał komisję, która zajmowała się badaniem cudownego wydarzenia.

Do końca mojej posługi w tej parafii, tj. do końca czerwca 2014 r., byłem obecny przy pracach komisji za każdym razem, kiedy odwiedzała ona kościół. Asystowałem również przy pobieraniu próbek do badań, później miałem też okazję oglądać je pod mikroskopem.

Po swoim odejściu z parafii nie widziałem już prac komisji, rozmawiałem jednak czasami z poprzednim proboszczem, który przekazywał mi informacje o tym, na jakim etapie są badania.

Po ogłoszeniu tego wydarzenia eucharystycznego nie mogłem już o tym nie mówić. Cieszyłem się, że wiadomość o tym cudzie ujrzała światło dzienne. Był to dla mnie także impuls do tego, żeby samemu przeżyć to, co się dokonało.

Dopóki nie miałem możliwości przeczytać tego, co napisali naukowcy, nie zastanawiałem się nad sensem tego wydarzenia. Przecież wierzyłem w obecność Jezusa w Eucharystii. Co więcej chciał mi pokazać Jezus poza tym, że oczekuje ode mnie, bym mówił ludziom o Eucharystii i Jej cudownej mocy?

Fragment wzięty do badań stanowi wycinek mięśnia sercowego w stanie agonii. Należy on do katowanego człowieka. Zrozumiałem wtedy to, co w Eucharystii do dziś powala mnie na ziemię: Jezus w Eucharystii cały czas umiera; Eucharystia jest niekończącym się konaniem Boga.

Eucharystia zamyka w sobie wszystkie wydarzenia świąt paschalnych od pojmania Jezusa aż po zmartwychwstanie.

Czasami zastanawiałem się nad tym, który moment życia Jezusa dokonuje się w konkretnym momencie Mszy św. Chciałem lepiej ją zrozumieć. Dziś tylko jedno wydarzenie ma dla mnie znaczenie: przyjęcie Komunii św. jest przyjęciem konającego Jezusa, który za nas umarł i zmartwychwstał. Taki jest sens Eucharystii.

Hostia, którą adorujemy, Hostia, którą kapłan podnosi podczas Eucharystii, ta Hostia, którą przyjmujemy – to konające Serce Boga. To serce, które krwawi.

Czy wobec tak wielkiej Miłości można przejść obojętnie? Czy widząc tak wielki cud, można jeszcze wątpić w Bożą opatrzność w naszym życiu? Wszystko, czego nam potrzeba, to przyjąć tę Miłość swoim sercem.

ks. Krzysztof