Nieść swój krzyż w objęciach

3 listopada 1932 r., Zofia Cramer napisała w swoim Pamiętniku: „Gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby Król Aniołów nie odszukał nas tam, dokąd żaden z aniołów nie byłby dotarł, by jak śmieciarz, boskimi dłońmi swoimi pozbierać nas, prawdziwe szmaty, i uczynić z nich płaszcz swój królewski?”. Przykuta do łóżka z powodu ciężkiej, nieuleczalnej choroby, Zosia odkryła tajemnicę Bożego miłosierdzia. O przeżyciach św. Faustyny Kowalskiej nic wówczas nie wiedziała. Zmarła w Warszawie, 26 czerwca 1933 r., w wieku 32 lat.

Wanda i Bronisław Cramerowie pochodzili z Warszawy. Do majątku w okolicach Winnicy na Podolu przenieśli się kilka dni po ślubie, w styczniu 1901 r. Tam przyszły na świat ich dzieci: Zosia i dwa lata od niej młodszy Jaś.

Po latach Wanda Cramer napisała w swoich wspomnieniach: „Nie umiem opisać tej radości i szczęścia, jakie mną owładnęło [po urodzeniu córeczki]. Co znaczą jakieś wielkie bogactwa, skarby największe wobec dziecka! Moje, nasze dziecko, mój skarb największy. Upragnione, wymodlone. To moje maleństwo, ta kruszyna ma być kiedyś człowiekiem – człowiekiem Bożym!

Nie ma większej bezinteresownej miłości na świecie, jak miłość matki do dziecka – i nie ma większego celu życia dla kobiety jak wychowanie dobre swego dziecka. Mam ukształtować duszę mego dziecka z pomocą Boską, uchronić od zła, od wszystkiego, co może splamić jej duszę, aby była czysta jak kryształ. Włożę w ten cel życia całe dobro mojego ja – chcę stworzyć ideał mej duszy, by ofiarować go Bogu! Jak to wypełnić?!…”

Bóg to wiedział i przyjął ofiarowanie. Kiedy Zosia zaczyna chodzić, rodzice zauważają, że dziewczynka zbyt często traci równowagę i przewraca się. Sprowadzają najlepszych lekarzy. Zalecane kuracje i pobyty w sanatoriach nie na wiele się zdają. Stan dziecka pogarsza się.

W 1911 r. Cramerowie decydują się opuścić Ukrainę i osiedlają się w Warszawie. W marcu 1914 r. jadą z Zosią na konsultacje do specjalistów w Berlinie. Tam pada straszna diagnoza: distrophia musculatorum – ciężka, bolesna, postępująca choroba uszkadzająca mięśnie.

Rodzice wracają z dziewczynką do hotelu, gdzie portier daje Zosi medalik Matki Bożej z Lourdes i zachęca ją do szukania pomocy u Cudownej Lekarki: „Niech się panienka modli, a Bóg na pewno wysłucha”.

Na podróż do Lourdes rodzina nie miała wówczas pieniędzy. Złamana bólem matka pisze w swoich Wspomnieniach: „Jakże ciężko robi się na duszy – ta straszna beznadziejność dla kochanego dziecka!… Nie może to być!… Jakie życie będzie dla niej?

Co za dziwna choroba, o której dotąd w życiu nie słyszałam, choroba, która właśnie spadła na moje dziecko?!… Wszystkie marzenia o życiu czynu dla niej – runęły. Straszna rozpacz wkradła się do serca. Ból przygniata ciężarem. I nic już nie ucieszy. Jakże ciężko będzie pogodzić się z wolą Bożą!”

Zbrodnia

Niewyobrażalna gorycz zalała serce Wandy Cramer. Kobieta przeżywa dramat córki jako konsekwencję zabicia w 1910r. swojego nienarodzonego dziecka: „I wyprosiłam ofiarę, którą Bóg przyjął za grzech – ofiarę dziecka – Bóg Wielki i Sprawiedliwy!”

Wanda Cramer do końca życia nie potrafiła poradzić sobie z udręką sumienia spowodowaną zabiciem swojego nienarodzonego trzeciego dziecka. Początkowo sądziła, że była to słuszna decyzja, że kolejne dziecko pokrzyżuje misternie ułożone plany życiowe związane z wychowaniem i kształceniem Zosi i Jasia.

Oboje z mężem tłumaczyli sobie, że nie stać ich na kolejne dziecko, że są młodzi, że w przyszłości, kiedy ich sytuacja materialna będzie lepsza, przyjmą jeszcze potomstwo.

„I stało się zło – ta lekkomyślność, to nieszczęście… i zbrodnia. Odrzuciliśmy to, co miało być podporą życia i osłodą, co Bóg wszechmogący i wszystkowiedzący zsyła w swej dobroci. Nie zastanawialiśmy się nad tym złem, jakie popełniliśmy!” – wyznaje Wanda Cramer.

Legiony i medalik

W sercu dorastającej Zosi budzi się coraz silniejsza chęć życia, przyjaźni, miłości. Dziewczyna bardzo mocno wierzy, że chorobę będzie można pokonać.

Serce matki czuje zupełnie coś innego: „Trzeba się ocknąć! Straszniejszym od bólu własnego jest ta myśl, co czeka w życiu moje dziecko? Ile cierpień, ile goryczy, ile zawodu! Jak Boga uprosić o łaskę dla przygotowania na to życie bolesne, na wyzucie się ze wszystkiego, co miłość zapragnie – wszystkich marzeń i porywów serca. Trzeba przekreślić to życie – rozbudzić życie wewnętrzne – życie ducha!”

Zosia początkowo nie wie wszystkiego o swojej chorobie. Pewnego dnia jednak dowiaduje się przypadkiem, że jest to schorzenie nieuleczalne. Nie chce martwić rodziców i ukrywa przed nimi swój ból. Siłą woli wyrabia w sobie powściągliwość i łagodność. Jest zawsze wesoła i pogodna, chociaż jej ciało coraz bardziej słabnie. Ma piętnaście lat, kiedy przestaje chodzić.

Jej jedynym powiernikiem i przyjacielem w tym okresie jest jej młodszy brat Jaś, „chłopiec żywy, lecz umiejący wniknąć w cierpienie siostry” – jak pisze o nim matka.

Po wybuchu I wojny światowej kuzynka Zosi wciąga ją do pracy konspiracyjnej. Zebrania P.O.W. odbywają się w domu Cramerów. Zosię porywa wir zaangażowania, żyje życiem walczących o Polskę.

Matka wspomina: „Miała dużo przyjaciół i umiała pozyskiwać sobie życzliwość ludzką. (…) Pomimo cierpienia, przez które przejść musiała, nie było w niej goryczy. Zosia była dla wszystkich tym jasnym promieniem, ukochaniem serdecznym – a jednocześnie i bólem! Umiała rozumieć każdą troskę naszą”.

Zostaje matką chrzestną II dywizji Legionów Polskich, opiekuje się żołnierzami. Jednemu z nich podarowała w 1918 r. medalik z Lourdes ofiarowany jej przez alzackiego portiera w berlińskim hotelu. Dzięki temu medalikowi legionista ocalał. Kula odbiła się od maleńkiej blaszki i zsunęła się po ubraniu.

Dojrzewanie do miłości

Choroba Zosi postępuje i przykuwa ją do łóżka, nie jest już nawet w stanie sama się odwrócić. A tymczasem życie nadal pociąga ją i fascynuje. W sercu pojawia się młodzieńcze uczucie zakochania w jednym z przyjaciół odwiedzających jej dom.

Zosia stacza dramatyczną duchową walkę, którą tak opisuje w swoim pamiętniku: „Mam wykonać pracę wbrew swej woli i naturze: wyrwać Cię z serca, odejść – o ileż łatwiej odejść w ciemności śmierci, niż odejść całym swym jestestwem od Ciebie, kiedy się żyło Tobą tyle, tyle lat”.

Matka doskonale rozumie, co dzieje się w sercu dziewczyny: „Czyż można powiedzieć słońcu: nie grzej, płynącej fali: zatrzymaj swój bieg, młodemu: nie kochaj!?”

Decyzja raz podjęta nie przynosi jednak ukojenia. Zosia czuje, że musi cierpienie zamienić w siłę, stacza więc nadal rozpaczliwą duchową walkę.

Pisze: „Stanęłam wobec podwójnej alternatywy: albo wyzwolić się ostatnim wysiłkiem woli, albo do końca życia pozostać ćmą krążącą dookoła płomienia, który opalił jej skrzydła. Tysiącami niewidzialnych, lecz jakże mocnych włókienek byłam do Ciebie przywiązana przez kilkanaście lat, do Ciebie, który byłeś mym życiem, czymś ponad życie cenniejszym! (…)

Bóg wiedział, co czyni; uczucie, które zasłaniało mi Jego oblicze, zabrał z rąk moich, jak się dziecku małemu zabiera ulubioną, lecz niebezpieczną zabawkę. Zmusił mnie do odejścia, gdyż sama nie miałabym siły tego uczynić. Gdyby nie Jego łaska, nie ruszyłabym ani kroku, uwikłana zaczarowanymi więzami. A mnie przecież trzeba było iść naprzód – czas naglił”.

Po przejściu przez ten trudny okres, gdy odkryje już swoje powołanie, napisze: „Błogosławię Ci, Wielki Boże, że dałeś mi poznać miłość – promyczek słoneczny w mym szarym życiu! Błogosławię Ci, choć na tyle lat oderwała mnie ona od Ciebie, Prawdziwej, Jedynej, Wiekuistej Miłości! Dzięki Ci, Boże, gdyż poznałam rzeczywistą cenę miłości ziemskiej, skończonej, ograniczonej, miotającej się w ciasnym kręgu zmysłów, miłości, która czyni z człowieka niewolnika. Dziś już nie pragnę niczego, co ziemskie, nawet najcudniejszych upojeń miłości! (…) Dusza moja tęskni jedynie do źródeł Nieskończoności”.

Cud uzdrowienia duszy

Na początku 1920 r. Zosia trafiła do szpitala zakaźnego z powodu groźnej szkarlatyny. Tam pewien młody, głęboko wierzący lekarz powiedział, że postara się ją wyleczyć. Oprócz rozlicznych kuracji doktor Kazimierz Raczyński stara się pobudzić w dziewczynie siły wewnętrzne i wiarę w to, że wyzdrowieje.

Obiecywana przez lekarza poprawa jednak nie nadchodzi. Zosia zaczęła tracić nadzieję. Wtedy wpadła jej w ręce książka o cudownych uzdrowieniach w Lourdes. Decyzja zapada natychmiast. Zosia wierzy, że Matka Najświętsza uzdrowi jej spustoszone chorobą ciało. Na początku kwietnia 1929 r. Zosia wraz z doktorem wsiadają do pociągu w stronę Paryża.

„Zosia jest rozpromieniona i tak szczęśliwa, że patrząc na nią, na jej rozjaśnioną twarzyczkę, nikną wszelki moje obawy – pisze Wanda Cramer – odczuwam tylko jedno, że nic złego jej się nie stanie, że tylko Bogu oddaję ją pod opiekę. Tak pewną była, że powróci uzdrowiona, że cud stać się musi, że drżałam w obawie o nią, aby to nie było zbyt śmiałym wyzwaniem Boga!”

Po trzech tygodniach Zosia wróciła do Warszawy. Nadal leżała bezwładna na noszach. Oczekiwany cud fizycznego uzdrowienia nie nastąpił. Była jednak, jak wspomina jej matka, promienna, pełna spokoju i pogody ducha. Dokonał się w niej cud uzdrowienia duszy.

Zosia przez jakiś czas wierzyła jeszcze, że stanie na własnych nogach. Wreszcie do jej serca dociera prawda, że Bóg żąda od niej całkowitej ofiary. I wówczas następuje w jej życiu całkowity zwrot.

W swoim pamiętniku napisze: „Z mojego dzisiejszego punktu widzenia, wiara ta nie była wiarą, ale po prostu zuchwałą pewnością, która chce gwałtem szturmować niebiosa”.

Coraz więcej uwagi poświęca więc życiu duchowemu. Towarzyszy jej w tym wierny kierownik duchowy, ks. Pozowski z parafii św. Aleksandra w Warszawie. Zosia zaczyna pisać pamiętnik duchowy, w którym rozważanie tajemnicy Bożego Miłosierdzia przeplata się z zapisem chwil wewnętrznej walki.

Matka przeżywała razem z Zosią wszystkie te chwile: „Przychodziły dni, kiedy zrywała się tama i wybuchał z całą siłą ból tłumiony – żal życia, którego nie mogła wypełnić, tragedia beznadziejności życia, życia młodego rwącego się do czynu…”

W domu Cramerów pojawiać się zaczęli ludzie, którzy nieśli cierpiącej dziewczynie pokrzepienie i pomoc. Matka Elżbieta Czacka z Lasek poprosiła ją o przepisywanie książek dla niewidomych. Z jej polecenia w nauce języka Braille’a pomagała Zosi Jadwiga Lubomirska.

W tym też czasie Zosia została czynnym członkiem Apostolstwa Chorych, w które zaangażowała się podobnie jak dziesięć lat wcześniej w działalność konspiracyjną.

Odtąd codziennie przyjmowała Komunię świętą i uczyła się rozpoznawać wolę Boga: „Jak Ci mam dziękować, Wielki Boże, że już nie pragnę, ani pożądam życia, jak dawniej, że już nie pragnę, ani żebrzę tchórzliwie, jak dawniej o strzęp materii znikomy, o zdrowie ciała, o miłość ziemską, o dobra doczesne? To jest wielkim i miłosiernym dziełem Twej Matki Najświętszej, Niepokalanej, cudami słynącej w Lourdes, że nie wysłuchała mych dziecinnych próśb, ale obdarzywszy stokroć więcej, bo zdrowiem duszy, zaprowadziła mnie do Ciebie, Jezu Chryste!”

Zosia odkrywa, jak wielką rolę mają chorzy do spełnienia. Pisze: „Chorzy nie są już wydziedziczeni, bezużyteczni, wyrzuceni poza nawiasy życia. Oni mimo cierpienia, pomimo smutnej nieraz konieczności pozostawania w łóżku, są prawdziwymi Apostołami Twymi, o Chryste, Apostołami w duchu i prawdzie, posłanymi nie na wypoczynek, ale na zbieranie w cierpliwości »obfitych owoców« (J 15,16)”.

„Powiedz, mamuśku, czemu…”

Zosia z powodu bólu nie może spać. Musi przyjmować środki nasenne, a układanie jej udręczonego ciała do snu zabiera opiekującym się nią nawet po kilka godzin dziennie.

Matka pisze: „Zosia zadumana, ze spuszczoną główką, jak ptak ze złamanymi skrzydłami, siedziała, wsłuchując się w gwar miasta… I nagle padło pytanie ciężkie i bolesne: »Powiedz, mamuśku, czemu życie nasze takie smutne, tak mało radości? Każdy do czegoś dąży, czegoś się spodziewa, na coś czeka. Ja niczego pragnąć nie mogę… Czemu tak?…« Co mogłam jej odpowiedzieć? Ciężko było… Ból ścisnął serce. Kamień ciężki zwalił się na duszę moją”.

Brat Zosi, Jasiek studiował w tym czasie weterynarię. Był zdolny i pełen zapału do nauki. Każdą wolną chwilę spędzał przy łóżku siostry. W grudniu 1930 r. koledzy zaproponowali mu wycieczkę w Tatry. Zosia ucieszyła się, że brat odpocznie, oderwie się od codziennych zajęć. Sama namawiała go, aby nie odmawiał tej propozycji.

Jedynie ojciec czuł niepokój. Obawiał się zimowych wycieczek w góry. Grupa studentów wyjechała z Warszawy tuż po Bożym Narodzeniu. Trzeciego stycznia w nocy przyszła depesza: „Jasio zabity.” Stało się to, co przeczuwało serce ojca – Jaś pośliznął się i spadł w przepaść. Rodzice powiedzieli Zosi, że jej brat złamał nogę i sami pojechali po ciało do Zakopanego.

„Musiało przejść wiele czasu – pisze Wanda Cramer – nim mogłam powiedzieć z głębi duszy »bądź wola Twoja«. Nie wolno w sprawie rozporządzeń Bożych stawiać pytań »czemu?«. Bóg wie, co robi i co jest dla nas najlepsze. Wielkim pocieszeniem w bólu była Zosia, która umiała cierpieć. I sama cierpiała coraz więcej.”

Podobnie dla Zosi musiało minąć sporo czasu, by zaakceptować kolejny cios i by móc pewnego dnia napisać: „Z głębin wieczności wypłynęło ku mnie zrozumienie, że jedyną drogą dla człowieka jest przyjęcie Woli Bożej. Modlę się o to z całego serca”.

„Nie płacz, Bóg jest miłosierny…!”

Zosia modli się coraz więcej. Ofiarowuje swoje cierpienia za tych, którzy proszą ją o wstawiennictwo, szczególnie za misjonarzy, za kapłanów. Coraz bardziej odkrywa się przed nią tajemnica Bożego Miłosierdzia.

Pisze w pamiętniku: „Nie przerażają mnie upadki i niewierności moje, tak słabą i nędzną jestem, ale z uniesieniem skruchy i miłości biegnę do Ciebie, aby w Niezmierzonym Oceanie Miłosierdzia je utopić… Dzięki Ci składam, Stwórco Najwyższy, że w jasności łaski swojej pouczyłeś mnie, że celem naszego życia nie tyle jest samo szczęście wiekuiste, ale umiłowanie Ciebie, Miłości nieskończona, i uwielbienie Cię w nas, we wszystkim. (…)

Chrystus przyszedł, aby głosić pozytywne prawo łaski i miłosierdzia i serce Jego krwawi, gdy Go się lękamy. Głównym źródłem nieszczęścia Judasza było, że nie uwierzył w miłość, nie zaufał miłości. Najdoskonalszy żal płynie z ufnej miłości – nie ze strachu. Nie jesteśmy powołani do grzebania się we własnych ranach, czyniąc to, zaogniamy je tylko. Tylko ręka Jezusa może i powinna ich dotykać i goić je. W ciągłym rozpamiętywaniu własnej nędzy kryje się zasadzka szatańska: wywołać lęk, by odwieść nas od Boga.

Im bliżej Boskiego Słońca – tym wyraźniej widzimy każdy pyłek na duszy. Jaśniejsze poznanie naszej nędzy nie oznacza, że staliśmy się gorszymi. By lepiej poznać siebie bez zniechęcenia i bez pychy – zbliżmy się do Niego: Jezus łaknie nędzy naszej. Wszak On przyszedł „aby odszukać, co było zginęło” – przyszedł dla grzeszników i celników. Grzechy nasze pociągają niejako Jego miłość, a jeśli tak – to nasza miłość powinna opierać się na ufności bezwzględnej. Nieufność jest niewdzięcznością, może nieświadomą, ale bezwarunkowo płynącą z braku prostoty. (…)”

Nieść w objęciach swój krzyż z miłością, nie wlec go za sobą

Wciąż odwiedzają Zosię różni ludzie potrzebujący pokrzepienia i pociechy. Całkowite oddanie siebie Bogu w modlitwie i cierpieniu sprawia, że Zosia staje się coraz cichsza i pokorniejsza. Waży już tylko 34 kilogramy, musi przyjmować morfinę.

Wyznała wówczas matce: „Gdybym miała żyć drugi raz, nie chciałabym żyć inaczej. Cierpienie zbliżyło mnie do Boga i cierpienie dało mi poznać pełnię życia. Bogu dziękuję, że dał mi tę drogę, abym doszła do Niego!… Śmierci się nie boję, gdyż ufam głęboko w Miłosierdzie Boże. Muszę mieć tylko siły na ten długi okres »odchodzenia«, jaki przeżywam obecnie.

Chcę wytrwać aż do końca w wierności mojemu Bogu. Czasami, gdy wpadam w zniechęcenie i smutek, powtarzam sobie słowa Ewangelii św. Jana: »Nikt nie wyrwie z rąk moich tych, których Ojciec Niebieski mi dał…« I ufność wstępuje we mnie na nowo i z radością bez granic rzucam się w objęcia Tego, który »życie swoje położył za owce swoje«”.

Matka zdaje sobie sprawę, że dni Zosi są już policzone. Prosi ją więc, aby wymodliła jej u Boga łaskę przebaczenia i odpokutowania za grzech z młodości.

„Mamuśku moja, nie płacz, Bóg jest miłosierny…!” – ostatnie przed agonią słowa Zosi jasnym promieniem nadziei oświetliły serce ciężko doświadczonej kobiety.

26 czerwca 1933 r. Zosia narodziła się do nowego życia. Wanda Cramer na ostatnich kartach swoich Wspomnień tak opisała te chwile: „Światło gromnicy padało na woskowo białą twarzyczkę, po której spływały gęste krople potu. (…) Po chwili otworzyła oczy i na każdego z nas z osobna spojrzała tak wymownie… Było to jej ostatnie z nami pożegnanie – bez słów. Potem powiodła gdzieś wyżej oczami i zamknęła je. Uleciała cichutko jej czysta duszyczka do Boga. Odeszła z wiarą, że Bóg ją przyjmie…”

Ojciec Zosi nie wytrzymał kolejnego ciosu i zmarł w rok po śmierci córki. Doktor Kazimierz Raczyński zginął w powstaniu warszawskim w 1944 r.

Wanda Cramer pod koniec swego długiego, pełnego wyrzutów sumienia życia wyznała: „Niczym ten ból nieukojony w porównaniu z wyznaniem tego strasznego grzechu przed Bogiem! Ból w miłości Boga…”

Jakże inne jest to ostatnie wyznanie matki od słów, jakimi rozpoczynała ona swoje Wspomnienia. Bóg Wielki i Sprawiedliwy okazał jej swoją miłość i pozwolił złożyć w tej miłości całe cierpienie swojego życia.

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

W-domu-najlepiej-550×7811550-Twoje_zycie_awMatka-Teresa-komplet