Obrona wartości to wyzwanie dla każdego

Święci budzili moje sumienie

Na przestrzeni kilkunastu lat walki co jakiś czas zadawałam sobie pytanie, czy to ma sens. Skoro nic się nie zmienia, a ja wracam ciągle do związku, który próbuję co chwila skończyć, to czy jest rozsądne, aby „tak się męczyć”? Skoro świat krzyczy: „Korzystaj z życia, ile się da!”, to czy moja walka ma jakiekolwiek znaczenie? Czy się opłaca?! Czy niebo naprawdę istnieje?

W takich sytuacjach przykład tych, którzy mieli odwagę wybrać Boga ponad wszystko, dawał mi siłę do powstawania po raz tysięczny i walczenia dalej. Podziwiałam ich odwagę i gotowość do straty pracy, domu, a nawet do oddania życia z powodu odkrycia tego jedynego skarbu, którym jest Bóg. Ci ludzie wychodzili z wygodnej strefy komfortu i stanu „świętego spokoju” i podejmowali decyzje, które nie mieściły się w kategoriach zdrowego rozsądku.

Szukałam świętych czasów odległych i współczesnych, którzy budzili moje sumienie i pokazywali mi, że warto iść pod prąd, bo tu, na ziemi, jesteśmy tylko na chwilę. Wierzyłam im. Wobec współczesnych męczenników czułam wręcz powinność, aby zrobić chociaż mały gest, jakim jest walka o wierność nauce Kościoła w moim życiu.

Bóg dał mi tę łaskę, że nie czułam się bardziej uprzywilejowana od innych i nie tworzyłam własnego dekalogu z klauzulami: „nie obowiązuje osób homoseksualnych”. Nie oznacza to, że nie miałam takich etapów w życiu, kiedy wymagania wydawały mi się absolutnie ponad moje siły.

Lęk o to, że do końca życia będę sama, czasami mnie paraliżował. Wydawało mi się momentami, że moje cierpienie, osoby o skłonnościach homoseksualnych, było nieraz większe niż innych osób. Czy to jednak dawało mi prawo, by oczekiwać od Boga, że zmieni dla mnie zasady?

Długa droga

Dziś, po latach różnych terapii, modlitw, rekolekcji i pracy nad sobą, widzę, że Bóg z głębi swojej miłości dał te wskazania, aby uratować moje życie. Uczył mnie zaufania i wyjaśniał mi, że nie ma sensu zatrzymywać się w drodze z powodu lęku o to, co będzie, bo to są tylko moje scenariusze, a ja nie jestem w stanie przewidzieć przyszłości.

Fakt, Bóg nie uczynił tego, czego chciałam – mojego cudownego uzdrowienia i klasycznego happy endu w postaci założenia przeze mnie zdrowej rodziny. Jednak On na przestrzeni tych lat odkrywał przede mną, co tak naprawdę złożył w moim sercu. Na początku tej podróży zupełnie siebie nie znałam. Nie wiedziałam, co lubię, kim jestem.

Pragnęłam tylko bliskości kobiety, aby zaspokoić pierwotny głód, który nie został zaspokojony w czasie mojego dzieciństwa. Pragnęłam kobiety, bo mężczyzn kojarzyłam tylko z zagrożeniem, bólem odchodzenia i przekraczania granic. Pragnęłam jak niemowlę wrócić do bezpiecznego łona matki. Potrzebowałam dotyku, aby zaspokoić ten krzyk małej dziewczynki we mnie. Niestety, ta moja tęsknota prowadziła do grzechu i w konsekwencji do piekła rozdarcia. To był mój jedyny świat, który potrafiłam przyjąć i którego, jak mi się wtedy wydawało, jedynie pragnęłam…

Rola Kościoła

Obok jednak był świat wiary i pragnienie życia wartościami, które głosił Kościół. Tak, raniły mnie w tamtym czasie do głębi słowa mówiące o tym, że zdrowy związek to relacja mężczyzny i kobiety, że seks poza małżeństwem jest grzechem itd.

Jakże chciałam pasować do tego poprawnego obrazu, żyć tak, jak naucza Kościół! Niestety nie potrafiłam… Jednak, co dziwne, wierzyłam tym słowom, wierzyłam, że w nich jest prawda. Bolały mnie, nie dorastałam do nich, ale ufałam, że mogą mi przynieść wewnętrzny pokój, że w nich jest sens.

Mogę tę prawdę zakrzyczeć, ale czy to sprawi, że kolor czerwony zmieni się na zielony tylko dlatego, że nie podoba mi się czerwony? Płakałam, ale jednocześnie ufałam, że skoro Bóg tak powiedział, to też uczyni coś w moim życiu, abym do tego dojrzała.

Po latach widzę, że Bóg nie leczył mojego homoseksualizmu, ale to, czego był symptomem. Zaczęłam stopniowo odkrywać, że tu nie chodzi o leczenie skłonności, bo ona jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Pod nią znajduje się ogrom nazbieranego przez lata cierpienia, bólu i złamanego zaufania, które w dorosłym życiu wybuchło w taki sposób.

Odebrałam to jako swego rodzaju prowokację, aby zacząć zadawać sobie pytania o siebie samą – kim jestem i po co żyję? Dlatego tak ważne było dla mnie, że Kościół miał odwagę mówić tę trudną i oczywistą prawdę o naturze człowieka. To zmuszało mnie do przedzierania się do wnętrza siebie, do budowania coraz głębszej i bardziej szczerej relacji z Bogiem i drugim człowiekiem. Prowadziło mnie to też do tworzenia relacji, a nie do używania drugiej osoby do ukojenia moich przeogromnych pokładów lęku i zaspokajania moich pragnień.

Wreszcie zaowocowało to odważnym stawianiem pytań, czego Bóg pragnie dla mnie i ode mnie, oraz zaprzestaniem kręcenia się wokół własnych zachcianek i pomysłów na życie, także duchowe. Gdyby nie było tej niewygodnej wtedy dla mnie nauki Kościoła, nie wyruszyłabym w tę niezwykle trudną drogę w głąb siebie i w głąb relacji z Bogiem, moim Stwórcą i Ojcem…

Zapragnęłam zdobyć niebo

To pewnie nie tylko moja historia. Przecież ktoś, kto jest na granicy zdrady małżonka, też stoi przed taką „prowokacją” i musi zacząć sobie zadawać pytania o wartości nadrzędne w życiu, o to, co w momencie śmierci będzie się najbardziej liczyć.

Dla mnie niezwykle ważne było to, że w Kościele słyszałam o życiu wiecznym oraz o tym, że jesteśmy na ziemi tylko pielgrzymami. Zatem wszyscy jesteśmy równi wobec śmierci i to od nas zależy, jak się do tego przejścia przygotujemy. Ta prawda dawała mi jasność, dokąd mam zmierzać i gdzie jest mój cel.

Zapragnęłam zdobyć niebo i walczyć o nie z całych sił. Walcząc, zaczynałam pojmować, że Bóg pragnie mi dać szczęście również tu na ziemi. Z biegiem lat zaczynałam rozumieć, że Jego królestwo to nie obrazek z folderu reklamowego. Od świętych, od żyjącego wtedy jeszcze św. Jana Pawła II, czerpałam niezłomną wiarę, że warto żyć inaczej, niż mówi świat, i że warto obronić swoje Westerplatte, nawet gdyby nikt tego ode mnie nie oczekiwał. Dziękuję Bogu, że żyję w Polsce, gdzie mogę wyraźnie słyszeć, co jest najważniejsze w życiu.

Może to szczegół, ale nawet odgłos dzwonów pobliskiego kościoła był dla mnie wołaniem o nawrócenie. Kiedy byłam w związku, ilekroć słyszałam ich dźwięk, ogarniało mnie ogromne poczucie żalu, że znowu upadłam, i tęsknota za relacją z Bogiem. Wiele razy budziło się wtedy we mnie na nowo pragnienie powrotu do Źródła.

Prawda i miłość

Było jednak i tak, że wiele razy czułam się osamotniona w Kościele. Nigdy nie usłyszałam mądrej dyskusji o tym, czym tak naprawdę jest homoseksualizm, ani zwrócenia uwagi na to, że to są rany, które Bóg pragnie leczyć. W zamian słyszałam tylko, że to grzech i zboczenie… Stałam w środku Kościoła i nie rozumiałam, dlaczego nikt nie chce wyciągnąć do mnie ręki przez słowo, które podniesie, przez spojrzenie na mnie jak na człowieka, który przeogromnie cierpi, który chce Boga, ale nie dorasta do wymagań. Tak dużo bym oddała, aby móc stworzyć zdrową rodzinę…

Z drugiej strony nie oczekiwałam w tamtym czasie, zwłaszcza od ludzi Kościoła, że poklepią mnie po plecach i powiedzą: „tak masz, przyjmij to”.

Kapłani, którzy domagają się akceptacji związków homoseksualnych, wprowadzają bardzo duże zamieszanie. Przyjęcie człowieka, który dziś nie daje rady sprostać trudnym wymaganiom, jest ogromnie potrzebne. Towarzyszenie cierpliwe i pełne miłości – też. Ale nie zakłamywanie prawdy! Czy ci kapłani są gotowi wziąć odpowiedzialność za zbawienie osób o skłonnościach homoseksualnych i czy są oni świadomi tego, że podcinają skrzydła tym, którzy walczą na śmierć i życie z grzechem?!

Takie swobodne wypowiedzi, które mają być oznaką miłości, tak naprawdę zabierają siłę i negują sens walki o wierność przykazaniom. Bóg nie jest zmienny! On jest zawsze miłością, ale taką, która chce naszego dobra, a to wiąże się z konkretnymi wskazówkami, jak żyć, aby tego życia nie stracić na wieki, a więc i z koniecznością walki.

Prawdziwa miłość nie boi się stawiać wymagań, a jednocześnie jest cierpliwa, łaskawa, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą (por. 1 Kor 13). Być obok nas, nie bać się przyjmować nas takimi, jakimi jesteśmy w tej chwili, ale pokazywać nam odważnie kierunek – to droga, którą moim zdaniem powinni podążać duszpasterze.

Myślę, że miłość do drugiego człowieka pokaże sama, jak to w praktyce uczynić. Mnie bardzo pomagała cierpliwość kapłanów, ich towarzyszenie mi w ciągłym powstawaniu z upadków, modlitwa podczas spowiedzi, słowa pocieszenia, umocnienia, obecność, nieodrzucanie mnie przez nich pomimo tego, że jestem daleka od ideału. Doświadczałam w tym obecności Chrystusa, choć wtedy zupełnie o tym nie myślałam. Raczej denerwowałam się na siebie, że znowu jestem na dnie…

Moc sakramentów

Niezwykłą siłą w tej wędrówce była dla mnie nieustanna możliwość korzystania z sakramentów, które daje Kościół, zwłaszcza z sakramentu pokuty i Eucharystii. To była i jest dla mnie nieoceniona pomoc. Nie chodzi nawet o bardziej lub mniej udaną rozmowę podczas spowiedzi, ale o moc, która wynika z tego sakramentu. Wiele razy doświadczyłam, jak Bóg mnie podnosi i wlewa we mnie na nowo siłę do walki. Myślę, że dzięki regularnemu uczestnictwu we Mszy św. nigdy nie ustałam w pragnieniu życia zgodnie z tym, czego uczy Jezus.

Moim zdaniem potrzebne jest, aby Kościół nazywał grzech po imieniu, bo to jest jak latarnia morska w czasie sztormu. Na Zachodzie rozmiękczanie pseudomiłością wobec „wykluczonych” doprowadziło do tego, że kilka krajów wprowadziło zakaz niesienia jakiejkolwiek pomocy terapeutycznej osobom o niechcianych skłonnościach homoseksualnych.

Jednocześnie bardzo bym chciała, aby kapłani mieli na uwadze, że ich kazania może słuchać człowiek, który cierpi z powodu swych skłonności homoseksualnych – i skoro tam jest, to nie potrzebuje tysięczny raz usłyszeć tylko o swojej grzeszności, ale raczej o tym, dlaczego warto walczyć oraz jak się zmagać z tą swoją grzesznością.

My nie różnimy się niczym od innych osób – każdy z nas ma swoją walkę życiową do stoczenia. Łączy nas ten sam cel – zdobycie nieba. Kapłanów potrzebujemy, aby nam dawali narzędzia do zdobywania tego nieba.

Anna

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

1163-60-ze-wzgledu-na-ciebiewszechswiat_550x7812020_Rozwazania_In_Sinu_aw