Prawdziwa miłość istnieje

Nie wierzyłam w miłość. Aż tu nagle, po przeczytaniu artykułu o rodzicach św. Tereski z Lisieux, uwierzyłam. Powiedziałam sobie: „Ja też tak chcę! Chcę mieć święte małżeństwo. Bóg mi je da!”. Zaczęłam modlić się za swojego przyszłego męża

Mam na imię Jeannine i jestem Hiszpanką. Pragnę podzielić się z wami moim świadectwem. Czułam się samotna, do czasu aż spotkałam Boga.

Miałam trudne dzieciństwo, moi rodzice się rozeszli. Brakowało mi ojca, bo chociaż zawsze mnie kochał, nigdy nie potrafił okazać mi miłości w taki sposób, jak tego potrzebowałam.

Próbowałam wypełnić tę pustkę wieloma niewłaściwymi rzeczami, ale nawet z tych złych rzeczy Pan wyciągnął dobro.

I chociaż pozornie wszystko było dobrze: jeździłam bmw, kupowałam ciuchy, jakie tylko chciałam mieć, mój tata podarował mi mieszkanie, miałam chłopaka, byłam popularna w szkole…, to jednak nie czułam się szczęśliwa.

Miałam poczucie, że już niczego nie dokonam, niczego nie zmienię, że moje życie takie już jest i kropka.

A potem jeszcze doszedł okropny atak rwy kulszowej. Wyobraźcie sobie dziewczynę, wysportowaną, codziennie wylegującą się na plaży, a tu nagle unieruchomiona w łóżku, zamknięta w czterech ścianach na długie miesiące… Zupełnie sama.

Wskutek choroby zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę zawsze cierpiałam. Przez lęki, rodziców, kłótnie w domu, złe nawyki, chłopaków…

Moja matka pracowała całymi dniami, nie przychodziła do domu nawet na obiad; mój ojciec miał swoje życie, mój chłopak też pracował. Zostałam sama ze swoją samotnością i bólem. Ale Bóg dopuścił do tego, żebym mogła się z Nim spotkać.

Tak naprawdę zawsze wierzyłam w Boga, choć przez wiele lat nie miałam świadomości grzechu. Każdego wieczoru modliłam się modlitwą Ojcze nasz, także wtedy, gdy przychodziły trudne momenty, kiedy przychodził lęk. Zawsze w ostatnim momencie zwracałam się do Boga.

Boże miłosierdzie

Pewnego dnia zobaczyłam w domu ulotkę o Bożym miłosierdziu, którą najpewniej zostawiła moja mama. Znalazłam tam takie zdanie:

„Przez odmawianie tej koronki podoba mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą” (Dz. 1541).

I ja, jak jakaś mała dziewczynka, uwierzyłam w tę obietnicę. Powiedziałam sobie:

„Jeśli to zrobię, wyzdrowieję”.

I tak zaczęłam codziennie o godz. 15  się modlić, powtarzając:

„Panie, Ty mnie uzdrowisz”.

Ale nie wiedziałam wtedy, że Pan uzdrowi moje serce. W tamtym momencie uzdrowienie fizyczne było dla mnie najważniejsze, chciałam żyć dawnym życiem. Ale Pan, który jest dobry i miłosierny, chciał, bym była szczęśliwa, chciał uzdrowić moje serce i dać mi pokój.

W swoją codzienność zaczęłam zapraszać Pana. Powoli do Koronki do miłosierdzia Bożego dołączałam inne modlitwy: różaniec, codzienną Mszę Świętą, w końcu spowiedź – do której przystąpiłam po raz pierwszy od czasu Pierwszej Komunii Świętej.

Ale jednocześnie mijały miesiące, a ja czułam się tak samo, nic się nie poprawiało… Czułam się samotna jak pies, pełna bólu, spędzając całe dnie w łóżku z twarzą w poduszce, bez możliwości poruszenia się.

Moja matka wydawała fortunę na moje konsultacje u różnych lekarzy. Bezskutecznie. Po roku modlitwy wykrzyczałam Bogu:

„Naprawdę nie jest Ci mnie żal?!”.

I tego dnia wszystko się zmieniło! Rozmawiałam przez telefon najpierw ze swoją matką, a potem z ojcem i oboje powiedzieli mi:

„Czy to wszystko czasem nie dlatego, że nie pozwalasz sobie być szczęśliwą? Czy to nie ma podłoża psychologicznego?”.

Przemyślałam to i powiedziałam sobie:

„Nie boli mnie, już mnie nie boli, wstaję, nie boli mnie, nie boli…”.

I mogłam chodzić, i już nigdy ten ból nie powrócił! Odwołałam wszystkie wizyty lekarskie. I choć zostałam uzdrowiona fizycznie, brakowało jeszcze uzdrowienia wewnętrznego.

Uwierzyłam w miłość

Moje życie powoli wracało do normy. W miarę jak zbliżałam się do Boga, zdałam sobie sprawę, że związek, w którym żyłam, nie był dobry. Ten chłopak nie był dla mnie, bo nie mogłam dzielić z nim tego, co zaczynało przepełniać moje serce. Ostatecznie się rozstaliśmy.

Zaczęłam brać Boga na serio; znalazłam przewodnika duchowego, o. Daniela. Kapłan dał mi czasopismo, w którym była mowa o rodzicach św. Teresy z Lisieux – Ludwiku i Zelii Martinach, drugim świętym małżeństwie uznanym przez Kościół.

Przeczytałam ten artykuł i uwierzyłam, że prawdziwa miłość pomiędzy kobietą i mężczyzną jest możliwa! Jest możliwa, ale tylko wtedy, kiedy to Bóg stoi pomiędzy nimi.

W taką miłość uwierzyłam ja, która napatrzyłam się na jedno wielkie nieporozumienie, jakim był związek moich rodziców, i na wszystkie swoje relacje z chłopakami…

Mężczyźni tylko mnie ranili, bo choć moi ostatni chłopacy byli dobrymi ludźmi, to i tak zawsze cierpiałam – dawałam swoje serce, a to i tak do niczego nie prowadziło.

Poza tym w mojej rodzinie było zatrzęsienie przypadków niepowodzeń w związkach, prawie wszyscy z mojego wujostwa byli rozwiedzeni. Można więc powiedzieć, że nie wierzyłam w miłość.

Aż tu nagle, po przeczytaniu artykułu o rodzicach św. Tereski z Lisieux, uwierzyłam. Powiedziałam sobie:

„Ja też tak chcę, chcę mieć święte małżeństwo. Bóg mi je da!”.

Zaczęłam modlić się za swojego przyszłego męża. Każdego dnia chodziłam na Mszę św., przyjmowałam Komunię św. i mówiłam:

„Panie, przyjmuję Cię za niego”.

Codziennie odmawiałam różaniec i koronkę – za niego i za siebie. Każdej wierzącej osobie mówiłam:

„Proszę, módl się za mojego przyszłego męża, módl się, abym go spotkała i abym miała święte małżeństwo”.

I modlili się w tej intencji ludzie z całego świata. W każdym miejscu, do którego udawałam się z pielgrzymką, kupowałam jakiś drobiazg z myślą:

„To dla mojego przyszłego męża”.

Miałam tę pewność, że Bóg mi go podaruje. Wierzyłam Bogu i mówiłam Mu:

„Przecież to tylko przyniesie Ci chwałę. Święte, młode małżeństwo – czego chcieć więcej? Tak, Panie, ze mną wylosowałeś wygrany los na loterii!”.

Dodawałam:

„Patrz, stanę się Twoim narzędziem! Daj mi to, o co Cię proszę”.

I tak rozpoczęło się dla mnie pięć długich i trudnych lat modlitwy za mojego obecnego męża…

Pięć lat oczyszczenia

Bardzo dużo kosztowała mnie zmiana życia, ale podejmowałam ten wysiłek ze względu na Boga. Choć nie było mi łatwo, to Pan dał mi łaskę. W tym okresie zdałam sobie sprawę, że można żyć życiem młodych i być z Bogiem.

Wcześniej bardzo lubiłam wychodzić ze znajomymi i pić. Teraz też się z nimi spotykałam, ale wypijałam tylko jednego drinka. Bardzo lubiłam kupować dobre ciuchy – i nadal lubię – ale przecież gdzie bym poszła w króciutkiej sukience bez zakrytych pleców?

Wiele z moich ubrań nie było właściwych dla osoby, która mówi innym:

„Jestem praktykującą katoliczką i pragnę stworzyć święte małżeństwo”.

Przed swoim nawróceniem bardzo lubiłam obcisłe, prowokujące ubrania, dlatego z bólem serca musiałam wyrzucić wiele swoich rzeczy (niektóre były jeszcze z metkami, ponieważ byłam zakupoholiczką).

Zaczęłam oddawać rzeczy koleżankom oraz do Caritasu. Niektóre powędrowały od razu do kosza, ponieważ wstydziłam się dać je komukolwiek. W końcu, jeśli nie były odpowiednie dla mnie, nie mogły być właściwe również dla innych.

Chociaż chodziłam na imprezy czy na siłownię, to wiedziałam, że tam nie spotkam przyszłego męża. Chodziłam w miejsca, gdzie pozornie Bóg nie był obecny, ale ponieważ ja byłam tak Nim przepełniona, to kiedy tylko jakiś chłopak chciał mnie poderwać, zaczynałam mówić mu o Nim…

Zawsze kończyło się na tym, że ewangelizowałam na dyskotekach wszystkich, którzy się tylko do mnie zbliżyli! Jednocześnie coraz bardziej zaczęli mi przeszkadzać znajomi z „poprzedniego życia”.

Już nie łączyło mnie tyle z moimi przyjaciółkami, bo gdy one rozmawiały o seksie, to ja nie miałam im nic do powiedzenia. I tak powoli zostałam bez przyjaciół… Ale miałam Boga.

Prosiłam Jezusa:

„Daj mi wierzących znajomych, w moim wieku, bo potrzebuję kogoś więcej niż tylko o. Daniela i mojej matki”.

Zaczęłam jeździć na rekolekcje dla młodych, poznawałam ludzi ze Światowych Dni Młodzieży, umacniałam swoją wiarę. I choć zmiana życia bardzo dużo mnie kosztowała, to te pięć lat przemiany było dla mnie oczyszczających.

Bóg uzdrawiał moje serce, by przygotować je do tego, co miało być moją misją. Wyobraźcie sobie 24-letnią dziewczynę, przyzwyczajoną do tego, że zawsze ma chłopaka, a teraz żyjącą w czystości, bez chłopaka, przez całe pięć lat. To było dla mnie bardzo trudne doświadczenie.

Podczas tych pięciu lat odkryłam wartość adoracji. Każdego dnia przynajmniej godzinę spędzałam na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Codziennie szłam zobaczyć się ze swoim Panem. W tamtym czasie odczuwałam rozczarowanie, mówiłam nieraz:

„Kiedy on się w końcu pojawi?”.

Byłam bardzo niecierpliwa, chciałam już poznać tego, który miał być moim mężem… Ale Bóg nie chciał dać mi męża wtedy, gdy tak bardzo tego pragnęłam, i byłam zniecierpliwiona, bo kiedy taka jesteś i spotkasz tę osobę, wtedy skupiasz się tylko na niej i odstawiasz Boga na bok, a tego Bóg nie chce.

Bóg chce być zawsze w naszym życiu na pierwszym miejscu, a dopiero po nim wszystko inne: mąż, dzieci, rodzina, praca. Ale ja jeszcze tego wtedy nie rozumiałam, choć z czasem On powoli mnie tego uczył.

Prezent od Maryi

W 2013 r., razem z moją mamą i z przyjaciółką, po raz pierwszy pojechałam do Medjugorja. Kiedy odwiedzałyśmy wspólnotę Siostry Emmanuel, podeszła do mnie siostra i zapytała:

„Co Ci jest?”.

Wtedy ja rozpłakałam się przy niej jak Magdalena i powiedziałam:

„Pan nie chce mi podarować chłopaka, a ja chciałabym stworzyć święte małżeństwo…”.

Wtedy ona powiedziała mi:

„Napisz do Maryi list i opisz w nim dokładnie mężczyznę, którego pragniesz, we wszystkich szczegółach: fizycznych, intelektualnych, pod względem upodobań, zainteresowań, wszystko.

Potem zanieś tę kartkę pod krzyż na wzgórzu objawień. Zapewniam cię, że nie minie rok, a poznasz odpowiednią osobę. Ja będę się modlić w tej intencji”.

I jak to ja – uwierzyłam w to, co siostra powiedziała, i z radością napisałam list… na pięć kartek zapisanych z obu stron, w którym bardzo dokładnie opisałam swojego wymarzonego mężczyznę. Pełna wiary i nadziei zostawiłam ją pod krzyżem objawień.

Osiem miesięcy później wróciłam do Medjugorja na Festiwal Młodych 2014, przekonana, że tam spotkam swojego przyszłego męża.

Od jakichś pięciu miesięcy dziękowałam już Maryi za męża, którego poznam na festiwalu, codziennie zostawiając Jej złotówkę pod figurą – co było totalnym szantażem z mojej strony.

Już na lotnisku moja przyjaciółka wskazała na Joségo i powiedziała:

„Ten chłopak pasowałby do ciebie”.

Od momentu, kiedy poznaliśmy się z Josém, zrodziła się między nami niesamowita więź, ale była to raczej więź duchowa niż pociąg fizyczny. I choć wcześniej zwracałam uwagę głównie na powierzchowność chłopaków, teraz zaczęłam bardziej zwracać uwagę na ich wnętrze.

Ale pomimo silnej więzi, jaka powstała między nami w trakcie tej pielgrzymki, w naszej relacji nie było żadnego znacznego postępu, ponieważ on miał dziewczynę.

Co prawda nie pojechała z nim na festiwal, bo była niewierząca, i to Joségo trochę wstrzymywało przed podjęciem poważniejszych kroków w jej kierunku, ale ja nie chciałam niczego niszczyć.

Wróciliśmy z festiwalu i miałam poczucie, że tak naprawdę do niczego istotnego między nami nie doszło. To był dla mnie ogromny cios. Byłam przekonana, że Maryja tam obdaruje mnie przyszłym mężem – przecież przez tyle miesięcy każdego dnia prosiłam o ten prezent! Nie mogłam uwierzyć w to, że Maryja mnie zawiodła…

Kilka dni po powrocie, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, poprosiłam Matkę Bożą, żeby dała mi jakiś znak – i Ona mi go dała. Jeszcze tego samego wieczoru José poinformował mnie, że zerwał ze swoją dziewczyną.

To był dla mnie bardzo jasny sygnał. Wyraźnie poczułam w sercu, że to ten, za którego wyjdę za mąż. Potem jednak nasza relacja tkwiła w martwym punkcie, co było dla mnie ogromnym bólem.

To cierpienie sprawiało, że coraz częściej uciekałam do Jezusa i Maryi. W końcu przyszedł moment, w którym poczułam się wolna od swojego bólu i swych oczekiwań. Zrozumiałam, że Bóg jest dla mnie najważniejszy i że tylko Jemu chcę służyć.

Wiedziałam, że tylko to, co jest zgodne z Jego wolą, uczyni mnie szczęśliwą. I tak temat małżeństwa zszedł na drugi plan. Zaangażowałam się w projekt ewangelizacyjny, który zorganizowałyśmy wspólnie z moją przyjaciółką.

On, niestety, nie wypalił, co spowodowało moje kolejne zwątpienie. Byłam trochę rozczarowana, że Bóg ani nie dał mi męża, ani nie pozwolił na ewangelizację. I choć pozornie wszystko szło nie tak, jak sobie wymarzyłam, to Pan miał swój plan…

Jego wola

Osiem miesięcy później, podczas Tygodnia Bożego Miłosierdzia, przez przypadek znowu spotkaliśmy się z Josém i nasza miłość odżyła. Okazało się, że nigdy o sobie nie zapomnieliśmy i że zawsze nosiliśmy siebie w sercach.

Po prostu podczas naszego pierwszego spotkania nie byliśmy do końca przygotowani na ten związek – José „wykorzystał” tych kilka miesięcy, by spełnić oczekiwania z mojego listu do Matki Bożej, a ja potrzebowałam ich, by postawić Boga na pierwszym miejscu.

Po pięciu miesiącach José poprosił mnie o rękę. Było to o piątej nad ranem, gdy czuwaliśmy razem przed Najświętszym Sakramentem na rekolekcjach Ruchu Czystych Serc w Gródku nad Dunajcem.

Pobraliśmy się w październiku tego samego roku, w wigilię kanonizacji rodziców św. Teresy, dzięki którym zapragnęłam świętego małżeństwa.

Następnego dnia pojechaliśmy do Rzymu, aby tam uczestniczyć w uroczystościach. Podczas audiencji papież Franciszek pobłogosławił nasze małżeństwo. Wraz z błogosławieństwem pojawił się Abraham, ponieważ, jak się później okazało, zaszłam wtedy w ciążę.

Nadal nie straciłam chęci do ewangelizacji młodych, ale teraz chcę to robić poprzez nasze małżeństwo.

Chciałabym, żebyście wiedzieli, że nie ma nic straconego, że cierpienie i ból nie są wieczne, że możemy być szczęśliwi, ale nie powierzchownie, tylko tak do głębi naszego serca.

No i najważniejsze: prawdziwa miłość istnieje! Świętość w małżeństwie nie jest niczym innym, jak życiem z Jezusem postawionym w centrum małżeństwa. Nigdy nie można stracić nadziei. Ten, kto zaufa Jezusowi, wygrywa wszystko!

Jeannine

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

1360-Miod_ze_skaly_aw836-136-Bylem-czlowiekiem-Arafata-audiobook864-blogoslawieni-czystego-serca