Wiara Zobacz

Przyjdź, Dzieciątko Jezus!

Gru 16, 2019 Maria Zboralska

W okresie komunistycznym w małym miasteczku na Węgrzech 10-letnia Angelika wraz z koleżankami daje świadectwo głębokiej wiary, przeciwstawiając się ateistycznej ideologii wpajanej przez nauczycielkę. Historię opowiada o. Norbert, proboszcz jednej z węgierskich parafii.

Nauczycielka w tamtejszej szkole dla dziewcząt była walczącą ateistką. Program nauczania pani Gertrudy był prosty i sprowadzał się do jednego celu: ukształtować małe bezbożnice. Wykorzystywała ona każdą okazję, by ośmieszać, oczerniać i znieważać wiarę swych podopiecznych. Uwzięła się szczególnie na te uczennice, które przyjmowały często Komunię św.

W klasie IV A najlepiej uczyła się Angelika. Była ona nie tylko zdolną, ale także dobrą i uczynną dziewczynką, przez co zyskała sobie sympatię koleżanek.

Pewnego dnia poprosiła mnie, abym wyraził zgodę, by przystępowała codziennie do Komunii św. (wówczas dzieci musiały mieć pozwolenie od kapłana na częste przyjmowanie Ciała Chrystusa). Zapytałem ją:

„Wiesz, czym to grozi?”.

Odpowiedziała, uśmiechając się rezolutnie:

„Zapewniam księdza, że trudno będzie »jej« złapać mnie na czymkolwiek. Jeszcze bardziej będę się przykładać do nauki. Proszę mi nie odmawiać tej łaski! W dni, w które przyjmuję Jezusa do swego serca, czuję się umocniona. A poza tym powtarza mi ksiądz, żebym dawała dobry przykład, a przecież abym mogła być wzorem dla innych, sama muszę być silna”.

Zgodziłem się, choć niepokój pozostał we mnie.

Od tego momentu lekcje w IV A przekształciły się w prawdziwy pojedynek między nauczycielką a 10-letnią uczennicą. Angelika, choć za każdym razem była świetnie przygotowana do lekcji, stała się ofiarą ataków nauczycielki. Uczennica trzymała się jednak dzielnie i nigdy się nie skarżyła na upokorzenia, jakie ją spotykały. Zapytałem ją raz:

„Angeliko, nie jest ci za ciężko?”.

„Ależ nie! Pan Jezus przecież znacznie bardziej cierpiał, kiedy Nim pogardzano. A ja takich mąk jeszcze nie doświadczyłam”.

Niezwykłe wydarzenie

Pani Gertruda, odkładając na bok realizowanie programu, rozwijała przed klasą cały arsenał argumentów przeciw wierze, na który dziewczynka nie potrafiła odpowiedzieć. Stała milcząca ze spuszczoną głową, powstrzymując łzy. Wiarę miała niewzruszoną, ale nie wiedziała, jak jej bronić.

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem, dokładnie 17 grudnia, pani Gertruda wymyśliła okrutną zabawę, która miała przynieść odpowiedź na „zabobony przejęte od przodków” – jak zwykła nazywać wiarę chrześcijan. I tym razem Angelika została postawiona w centrum uwagi klasy. Nauczycielka słodkim głosem rozpoczęła swoją grę:

– Angeliko, co robisz, kiedy rodzice cię wołają?

– Idę do nich – odpowiedziała.

– Świetnie. Słyszysz ich wołanie i natychmiast przychodzisz, jak mądra dziewczynka. A co się dzieje, kiedy rodzice wołają kominiarza?

– Przychodzi – odpowiedziała uczennica. Jej małe serce uderzało mocno. Dziecko spodziewało się czyhającej w rozmowie pułapki, ale nie dostrzegło jej jeszcze. Pani Gertruda tymczasem kontynuowała swoją rozgrywkę:

– Bardzo dobrze, moje dziecko. Kominiarz przychodzi, ponieważ żyje. Po chwili dodała:

– Ty także przychodzisz, ponieważ żyjesz. Ale przypuśćmy, że rodzice zawołają zmarłą babcię. Czy przyjdzie?

– Nie sądzę.

– Brawo! A jeśli zawołają Czerwonego Kapturka, Sierotkę Marysię czy Kota w Butach, to czy ktoś z nich przyjdzie?

– Nie, bo są to postacie z bajek.

– Doskonale, doskonale! – triumfowała nauczycielka. – Widzicie więc, dzieci, że ci, którzy istnieją, odpowiadają na wołanie. Ci zaś, którzy nie odpowiadają, nie żyją naprawdę albo przestali już istnieć.

– Tak – odpowiedziała klasa chórem.

– A teraz zrobimy małe doświadczenie. Nauczycielka zwróciła się do Angeliki:

– Wyjdź na chwilę z klasy.

Dziewczynka zawahała się na moment, po czym posłusznie wyszła z ławki. Drzwi głośno zamknęły się za jej drobną sylwetką.

– A teraz, dzieci, zawołajcie ją!

– Angelika! Angelika! – wołały dziewczynki, przekonane, że uczestniczą w zwykłej zabawie.

Angelika wróciła do klasy, coraz mniej rozumiejąc całą tę sytuację. Nauczycielka zaś zmierzała do celu:

– Zgadzacie się ze mną, prawda? Jeśli wołacie kogoś, kto żyje, ten przychodzi. Jeśli wołacie kogoś, kto nie istnieje, ten nie przychodzi, bo nie może przyjść. Angelika żyje, słyszy was, więc kiedy ją wołacie, przychodzi. Przypuśćmy teraz, że zawołacie Dzieciątko Jezus. Są pośród was tacy, którzy wierzą jeszcze w Dzieciątko Jezus?

Nastała chwila milczenia. Potem parę głosów nieśmiało odpowiedziało:

– Tak, tak…

– A ty, moje dziecko, wierzysz, że Dzieciątko Jezus słyszy, kiedy Je wołasz?

Angelika odpowiedziała z nagłym zapałem:

– Tak, wierzę, że mnie słyszy!

– Bardzo dobrze. Zrobimy zatem nowy eksperyment. Wszystkie widziałyście, że przed chwilą Angelika przyszła do klasy, jak ją zawołałyście, prawda? Jeśli Dzieciątko Jezus istnieje, usłyszy wasze wołanie. Wołajcie więc głośno:

„Przyjdź, Dzieciątko Jezus!”.

No proszę, wszyscy razem: trzy-czte-ry…

Uczennice spuściły głowy. Ciszę pełną napięcia przerwał wybuch sarkastycznego śmiechu nauczycielki:

– Otóż to! Oto mój dowód! Boicie się zawołać Dzieciątko Jezus, bo dobrze wiecie, że nie przyjdzie. A jeśli was nie słyszy, to dlatego, że nie istnieje, tak samo jak nie istnieje Czerwony Kapturek, Sierotka Marysia czy Kot w Butach. Przecież nikt nie bierze poważnie tych bajek, bo dobrze wie, że nie są one prawdziwe.

Osłupiałe, dzieci w dalszym ciągu milczały. Uderzyła je waga argumentu. Powoli, jedno za drugim, zaczynały poddawać się zwątpieniu. Skoro Dzieciątko Jezus istnieje, to dlaczego nie można Go zobaczyć? Nauczycielka, widząc zamęt w klasie, triumfowała.

Nagle wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego: Angelika wyszła na środek klasy i z błyskiem w oku powiedziała:

– No właśnie, zawołamy Je. Słyszycie? Wszystkie razem:

„Przyjdź, Dzieciątko Jezus!”.

Koleżanki porozumiewawczo wymieniły między sobą spojrzenia, wstały, chwyciły się za ręce i z sercami przepełnionymi wielką nadzieją zawołały:

– Przyjdź, Dzieciątko Jezus!

Takiej reakcji nauczycielka się nie spodziewała. Instynktownie wycofała się i utkwiła wzrok w Angelice. Nastała chwila złowrogiej ciszy, po czym znowu rozległ się głos dziecka:

– Jeszcze raz!

Dziewczynki wołały Dzieciątko Jezus, choć nie patrzyły w kierunku drzwi. Ich wzrok skierowany był przed siebie i na znajdującą się w tej perspektywie Angelikę. Tymczasem drzwi otworzyły się bezszelestnie.

Uczennice mimowolnie spojrzały w stronę wyjścia z sali, gdyż – jak później relacjonowały – „nagle w tym miejscu skupiło się całe światło dzienne”. Jasność stawała się coraz większa, aż w końcu utworzyła coś jakby krąg ze światła.

Dziewczynki wystraszyły się niespodziewanego zjawiska, ale nie zdążyły nawet krzyknąć ze strachu, gdyż nagle kula świetlna uchyliła się i ukazał się w niej chłopczyk. Dziecko uśmiechnęło się do klasy, ale nic nie powiedziało.

Jak wspominały potem uczestniczki tego niezwykłego zdarzenia, „tak zachwycającej osoby jeszcze w życiu nie widziały”, a „jej obecność była wielką słodyczą”. „Chłopczyk był ubrany na biało i przypominał słoneczko”.

Uczennice pozbyły się lęku i ogarnęła je radość. Niektóre dziewczynki skarżyły się na ból oczu od blasku bijącego od małego Jezusa, inne natomiast mogły kontemplować Go bez problemu.

Chłopczyk nic nie mówił, tylko uśmiechał się, na koniec zniknął w kuli światła, która także pomału się rozmyła; drzwi zaś same po cichu się zamknęły.

Całe wydarzenie trwało… chwilę? Kwadrans? Godzinę? W tej kwestii zdania są podzielone. Z pewnością nie przekroczyło ono czasowych granic jednej lekcji.

Zachwycone dziewczynki z wrażenia nie były w stanie wydać z siebie dźwięku. Ciszę jednak przerwał przeraźliwy krzyk nauczycielki:

„On przyszedł! On przyszedł!”.

Po czym pani Gertruda wybiegła z sali, trzaskając za sobą drzwiami. Angelika natomiast „wyglądała, jakby budziła się ze snu, marzenia”. Powiedziała po prostu:

– Widzicie, On istnieje. A teraz złóżmy Mu dziękczynienie.

Wszystkie dziewczynki posłusznie upadły na kolana i zmówiły Ojcze nasz, Zdrowaś, Maryjo oraz Chwała Ojcu. Potem zadzwonił dzwonek i uczennice wyszły na przerwę.

Historia zaraz się wydała. Pani Gertruda bowiem powtarzała na okrągło:

„On przyszedł! On przyszedł!”.

W takim stanie nie mogła pozostać dłużej w szkole. Nauczycielka ostatecznie została skierowana do domu dla umysłowo chorych. Próbowałem się z nią spotkać, ale na próżno. Nie pozwalano bowiem księżom wchodzić do budynku dla obłąkanych.

Angelika natomiast po skończeniu szkoły zajęła się pomaganiem mamie przy młodszym rodzeństwie. Myślę, że powoli dojrzewało w niej powołanie, ale od czasu jak opuściłem Węgry, nie mam wiadomości na jej temat.

Maria Winowska, Viens, 
Enfant-Jésus!, w: Les voleurs de Dieu, Paris-Fribour 1971.
Tłum. i oprac. Maria Zboralska

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Z narodzeniem Jezusa było tak...Alicja Lenczewska. Myśli na każdy dzień. Oprawa miękkaAntidotum na śmierć. M. Piotrowski.