Młodzież Zobacz

„Rafael” znaczy „Bóg uzdrawia”

Kwi 13, 2020 Świadectwo

Na zewnątrz wszystko wyglądało dobrze – nie piłem, nie paliłem, chodziłem do kościoła, dobrze się uczyłem, nie wdawałem się w długie samotne rozmyślania, ale bagaż grzechów na moich plecach coraz bardziej pochylał mnie ku ziemi.

Wszystko się zaczęło, gdy miałem około 11 lat i w czasie wakacji pojechałem na obóz. Tam starsi koledzy kupili twardą pornografię. Tak się stało, że oglądali ją w naszym pokoju, głośno wszystko komentując. Niewiele z tego rozumiałem, ale te zdjęcia na długo wryły mi się w pamięć.

Później coraz bardziej interesowały mnie sprawy związane z seksem. Były fantazje, urywki czasopism, aż pewnego dnia pomyślałem sobie:

„a co by było, gdyby…”

– no i wpadłem. Z czasem coraz bardziej zacząłem tonąć w samogwałcie. Znalazłem też sobie ciągłego towarzysza masturbacji: pornofilmy.

Szukałem coraz mocniejszych wrażeń… W myślach posuwałem się wtedy coraz dalej – wszystkie koleżanki stały się obiektem moich erotycznych fantazji…

Najpierw szukałem w samogwałcie miłości, a w końcu zależało mi już tylko na tym, by mnie nikt nie spostrzegł. Przez cały ten czas niszczyłem siebie, nawet tego nie zauważając.

Przez długi czas nie zastanawiałem się, czy to, co robię, jest grzechem. Chociaż podczas spowiedzi pamiętałem o samogwałcie, to jednak zawsze bałem się i wstydziłem o tym powiedzieć.

Książki i gazety jednym głosem określały masturbację jako coś normalnego w wieku dojrzewania. Pisano też, że około 73% zapytanych mężczyzn przez jakiś czas to robiło i że żadna z religii nic przeciwko temu nie ma, a tylko „ciemni” chrześcijanie nie wiadomo dlaczego się przejmują oraz straszą chorobami i piekłem… Twierdzono, że z samogwałtem jest jak z gimnastyką – trzeba stale ćwiczyć, aby być w formie…

Po mniej więcej roku masturbowania się postanowiłem z tym skończyć. Powziąłem postanowienie o życiu w czystości, ale niestety obietnice nie pomogły…

Powtarzałem sobie, że będę to robił coraz rzadziej, aż przestanę zupełnie. Wyszło jednak odwrotnie: im bardziej starałem się przestać i wydostać z tego, tym bardziej w tym grzęzłem… Wkrótce masturbacja stała się dla mnie automatyczna.

Mimo wszystko uczyłem się bardzo dobrze. Miałem dobrą pamięć, zainteresowania i zdolności w wielu dziedzinach. Ciągle jednak nie podobało mi się, że nie robię tego, co chcę, ale to, czego nie chcę…

Podejmowałem więc kolejne próby zmiany swego dotychczasowego życia. Mówiłem, że przestanę od poniedziałku, od jutra, od następnego tygodnia, miesiąca itd. Próbowałem przestać od Bożego Narodzenia, od Nowego Roku, według kalendarzy: gregoriańskiego, juliańskiego, chińskiego…

Aby mieć motywację do wytrwania, zakreślałem w kalendarzu daty abstrakcyjne. Rekord to pięć dni. Próbowałem prowadzić dziennik. Napisałem, że dziś jest wielki dzień, bo w tym dniu całkowicie zmieniam swoje życie. Dziennik się skończył tym wpisem na pierwszej stronie…

Pewnego dnia poczułem słaby ból, ale nie zwróciłem na niego uwagi. Tymczasem ból stawał się coraz silniejszy, tak że już wkrótce chodziłem, kulejąc.

Pierwszy raz w życiu trafiłem do szpitala. Badania, pierwsza operacja, leczenie w stolicy i wreszcie diagnoza – sarkoma (nowotwór złośliwy).

Dla rodziny tragedia, a ja nie rozumiałem, co się dzieje… Później była kolejna operacja, w wyniku której straciłem nogę. Musiałem też przejść przez chemioterapię, z wynikającymi z niej skutkami.

Nie zmieniło to jednak mojego postępowania… A nawet odwrotnie: nie musiałem chodzić do szkoły, czyli miałem mało obowiązków i dużo wolnego czasu, którego nie spędzałem z pożytkiem dla duszy.

Z literatury katolickiej przeczytałem jedynie katechizm i kilka rozdziałów z pierwszej Ewangelii – i tylko po to, by zdać egzamin i być dopuszczonym do bierzmowania.

Z kolei bierzmowanie przyjąłem raczej dlatego, że wszyscy to robią i nikt nie wyłamuje się z szeregu, a nie z pragnienia otrzymania Ducha. Wszystkie prawdy wiary bardziej znałem, niż je faktycznie rozumiałem i w nie wierzyłem.

Kiedy wszyscy wybierali sobie imiona przed bierzmowaniem, mojemu przyjacielowi zaproponowano imię „Rafael” – ale wybrał inne. Ja chciałem wybrać jakiegoś świętego, który był wielkim wojownikiem zahartowanym w walce, ale nie przykładałem się do żywotów świętych, więc zostało mi imię archanioła Rafaela.

Po bierzmowaniu cała moja wiedza religijna rozwiała się jak mgła. Moja modlitwa ograniczała się wtedy jedynie do Mszy św. i kilku modlitw po spowiedzi. I tak właśnie mnożyłem swoje grzechy: samogwałt, sakramenty przyjęte świętokradczo, zwrócenie się w stronę innych bogów, pornografia, fantazje itd.

Na zewnątrz wszystko wyglądało dobrze – nie piłem, nie paliłem, chodziłem do kościoła, dobrze się uczyłem, nie wdawałem się w długie samotne rozmyślania, ale bagaż grzechów na moich plecach coraz bardziej pochylał mnie ku ziemi…

W tym czasie po raz kolejny zachorowałem. W ciągu kilku tygodni musiałem znieść prawdopodobnie więcej bólu niż w całym swoim dotychczasowym życiu. Później były niszczące organizm badania oraz bardzo nieprzyjemne w skutkach leczenie.

Podczas mojego pobytu w szpitalu mama ciągle się za mnie modliła; pamiętali też o mnie przyjaciele i koledzy.

Kiedy byłem chory, przyjechał także do mnie ksiądz, aby mnie odwiedzić, i przywiózł mi trochę książek i czasopism. Wcześniej widziałem „Miłujcie się!” w szkole, ale się jakoś nim nie zainteresowałem. Ale teraz rzeczywiście się nudziłem, więc zacząłem oglądać zdjęcia. Twarze młodych ludzi promieniowały szczęściem. Tego mi właśnie brakowało.

Przeczytałem kilka artykułów, świadectw i zrozumiałem, w czym tak naprawdę tkwiłem. Wtedy to pierwszy raz znalazłem jednoznaczne określenie samogwałtu jako grzechu. Postanowiłem się wyspowiadać, ale nadal wstydziłem się przyznać księdzu do swoich praktyk.

Pamiętam swoje drżące ręce, spocone dłonie, serce walące ze strachu… Do spowiedzi przystąpiłem w Wielkim Tygodniu. Odchodząc od konfesjonału, myślałem:

„Wreszcie Chrystus mnie uzdrowił!”.

Niestety, wytrwałem jednak niewiele ponad tydzień. Chociaż przyznaję, że modliłem się już z własnej woli. Nigdy też w ciągu tych lat trwania w grzechu nie zdjąłem z siebie Cudownego Medalika.

Pewnego dnia postanowiłem wziąć „Miłujcie się!” do ręki i coś przeczytać. Nie pamiętam już, co dokładnie wtedy czytałem, ale w pewnym momencie zacząłem płakać jak małe dziecko.

Myślałem, że innym się udało, wyszli z grzechu, a ja jestem bezradny; że im Jezus pomógł poznać, czym jest prawdziwa miłość, a ja nie jestem godzien… i pomyślałem, że jeśli chcę, to mogę, a ja bardzo chcę, tylko kto mnie teraz będzie kochał? Wydawało mi się, że czas zatrzymał się na chwilę i że usłyszałem słowa:

„Ja Cię kocham!”.

W tej chwili poczułem, że jestem wolny. Modliłem się i dziękowałem. Następnego dnia czułem się wspaniale; zacząłem czytać Pismo św., katechizm, odmawiać różaniec. Stale pragnąłem Boga, który jest miłością.

Wkrótce znów się wyspowiadałem. Potem jeszcze kilka razy potknąłem się i upadłem, ale z tych i wszystkich innych grzechów wyspowiadałem się 15 sierpnia.

Dziś mam 18 lat. Już prawie rok minął, odkąd jestem wolny i szczęśliwy. Proszę Boga, aby mnie prowadził swymi drogami i według swojej woli. A na marginesie: „Rafael” po hebrajsku znaczy „Bóg uzdrawia”.

Leon – Rafael z Białorusi

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Wyrwani z niewoli - Piotr Zalewski (II wydanie)Antidotum na śmierć. M. Piotrowski.Nie przegraj miłości!