Rodzina Zobacz

Rewolucja i rodzina cz. 3

Maj 18, 2020 Grzegorz Kucharczyk

Totalitarne ustroje stworzone przez Lenina i Hitlera odeszły do przeszłości, jednak atak na rodzinę bynajmniej nie zelżał. Można nawet powiedzieć, że w ostatnich dziesięcioleciach po upadku komunizmu w Europie Środkowej jesteśmy świadkami kolejnej, najbardziej radykalnej odsłony wojny wytoczonej rodzinie.

Obecnie „redefiniuje” się samo pojęcie rodziny, wprowadzając takie dziwolągi słowne jak „rodzina patchworkowa”. Podobnym zabiegom poddawane jest małżeństwo. To, co jeszcze 30 lat temu było oczywiste – że małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety – dzisiaj już nie jest tak oczywiste.

W naszych czasach – jeśli poczytamy akty prawne tzw. przodujących demokracji Zachodu – małżeństwem jest nazywany również związek dwóch pań lub dwóch panów.

Jakże nie przywołać w tym kontekście celnej uwagi Gilberta K. Chestertona, który napisał kiedyś, że dogmat jest oczywistą prawdą, która w pewnym momencie została zakwestionowana – i dlatego musiała zostać podana w oficjalnej formule.

W ten sposób wszyscy, którzy na początku XXI wieku utrzymują, że rodzina wspiera się na małżeństwie jako trwałym związku mężczyzny i kobiety, są takimi właśnie „dogmatykami”, broniącymi – w imię prawa naturalnego i zdrowego rozsądku – prawdy oczywistej, kwestionowanej w imię rozmaitych ideologicznych wyobrażeń.

Zamiast rodziny „pierwotne stado”, zamiast miłości popęd

Gdyby chcieć szukać intelektualnych korzeni tkwiących u podłoża obecnej fazy ataku na rodzinę, należałoby cofnąć się do XIX wieku – do epoki, w której rodzą się kolejne odmiany wymierzonych w rodzinę ideologicznych wizji roszczących sobie prawo do naukowości. Powstaje wówczas nie tylko „socjalizm naukowy” (jak swoje poglądy określali Marks i Engels), ale również darwinowski ewolucjonizm.

Ten ostatni do dzisiaj w wielu środowiskach cieszy się, jako „teoria ewolucji”, statusem koncepcji wyczerpująco wyjaśniającej początki wszechświata oraz człowieka, mimo że brakuje twardych, empirycznych (naukowych właśnie) danych potwierdzających słuszność teorii (teorii!) Darwina.

W ten sposób darwinizm, pozbawiony naukowej weryfikacji, stał się wizją ideologiczną. Miała ona swój kontekst polityczny jako „darwinizm społeczny”, przenoszący koncepcję „przetrwania najlepiej przystosowanych” do rzeczywistości społecznej oraz polityki międzynarodowej.

W darwinizmie bardzo wyraźnie obecna była także tendencja do kwestionowania wywodzącej się z chrześcijaństwa koncepcji rodziny. Darwin głosił bowiem, że człowiek od początku swojej egzystencji jako „produktu ewolucji” żył w „pierwotnym stadzie”, albo inaczej – ujmując to w języku współczesnych dekonstrukcjonistów życia rodzinnego – w jednej, wielkiej „patchworkowej rodzinie”, gdzie nie było miejsca na żadne trwałe związki (jeden mężczyzna – jedna kobieta).

Wniosek, jaki się narzucał, był więc jednoznaczny: rodzina oparta na stałym, monogamicznym związku mężczyzny i kobiety nie jest czymś naturalnym. Jest ona raczej wynikiem ewolucji i w związku z tym może podlegać kolejnym przemianom.

Pod koniec XIX wieku narodziła się psychoanaliza – kolejny intelektualny nurt, który podobnie jak ewolucjonizm zyskał spore grono wyznawców w XX oraz XXI wieku.

Słowo „wyznawcy” jest tutaj całkowicie na miejscu, skoro teorie głoszone przez Zygmunta Freuda (twórcę psychoanalizy) były – co wiadomo nie od dziś – pozbawione właściwego warsztatu naukowego (niereprezentatywność „próbki” poddanej badaniom, wyprowadzanie ogólnych wniosków z jednostkowych przypadków etc.).

Nie tylko na tym polegały podobieństwa między Freudem a Darwinem. Obu łączyło to, że wymowa opracowywanych przez nich teorii służyła jako kolejny argument w wojnie wytoczonej chrześcijańskiej wizji życia rodzinnego.

Zygmunt Freud był tym, który jako „naukowy fakt” przedstawił seksualną pożądliwość (w jego terminologii „libido”) jako przyczynę powstania rodziny. „Eros” według wiedeńskiego psychiatry jest popędem płciowym, któremu człowiek nie jest w stanie się oprzeć.

Rodzinna miłość w tym ujęciu jest tylko jednym z wielu sposobów dania upustu temu popędowi. Jak pisał Freud,

miłość to „związek pomiędzy mężczyzną i kobietą, którzy na podstawie swych potrzeb genitalnych [płciowych] założyli rodzinę”.

W takiej koncepcji rodziny zaproponowanej przez twórcę psychoanalizy dzieci są postrzegane jako przeszkoda na drodze realizacji wspomnianych „potrzeb genitalnych”.

Według Freuda wszystko zaś, co „ogranicza życie seksualne człowieka” – a więc przede wszystkim wywiedziona z chrześcijaństwa wizja moralności, w tym moralności życia rodzinnego – powinno być zdecydowanie odrzucone.

Im więcej rozwiązłości, tym lepiej dla rewolucji

Do „odkryć” psychoanalizy nawiązywali w latach 20. i 30. XX wieku twórcy „szkoły frankfurckiej”, czyli neomarksizmu (T. Adorno, M. Horkheimer, E. Fromm). Jak pisał w 1937 r. Erich Fromm:

„Im bardziej społeczeństwo upada gospodarczo, społecznie i psychologicznie, tym większe są różnice w psychicznej strukturze różnych klas [społecznych]”.

Według Fromma i pozostałych frankfurtczyków oraz ich uczniów z kręgu tzw. nowej lewicy za „psychiczną alienację” poszczególnych warstw społecznych odpowiedzialne jest przede wszystkim „autorytarne, burżuazyjne społeczeństwo”. Podstawą zaś tego ostatniego jest „patriarchalna, autorytarna rodzina”.

Zwykła, kochająca siebie rodzina (w lewicowym żargonie nazywana „autorytarną i patriarchalną”) jawiła się więc kolejnemu pokoleniu marksistów jako jedna z najpoważniejszych przeszkód na drodze zrewolucjonizowania kultury i społeczeństwa…

W tym sensie ideologia „szkoły frankfurckiej” współbrzmiała z równie zideologizowanymi poglądami Wilhelma Reicha (1897–1957) – ucznia Freuda i politycznie zaangażowanego komunisty (od 1930 r.  Reich należał do Komunistycznej Partii Austrii).

W takich publikacjach, jak: Seksualność w walce o kulturę (1936) oraz Seksualna walka młodzieży (1934) wyłożył on swoją koncepcję swoistego melanżu marksizmu z programem tzw. wyzwolenia seksualnego.

Pod tym względem duże nadzieje wiązał Reich z rewolucją bolszewicką, która, jak wiemy, w swojej wczesnej fazie mocno zaangażowała się na rzecz „seksualnej emancypacji ludu pracującego” (rozwody i aborcja na żądanie, zerwanie z „burżuazyjnymi przesądami” co do wierności małżeńskiej).

Po dojściu do władzy Stalina (1924) Wilhelm Reich stawał się coraz bardziej krytyczny wobec sowieckiej polityki, choć nadziei związanych z komunizmem przecież nie porzucił (parę lat później wstąpił do komunistycznej partii).

Następcom Lenina wytykał odejście od pierwotnego, bolszewickiego programu „seksualnej emancypacji” przede wszystkim dzieci i młodzieży. A przecież, jak pisał w jednej ze swoich książek W. Reich:

„W dziedzinie życia seksualnego tego, co może uzyskać dla dzieci rewolucja społeczna, nie da im żadna reakcyjna ideologia ani orientacja polityczna. […] I dlatego właśnie rewolucyjne kształtowanie dziecka wymaga uwolnienia jego biologicznej, seksualnej aktywności. To nie podlega dyskusji”.

„Naukowe” teorie

Bezdyskusyjne jest również to, że Wilhelma Reicha należy uważać za jednego z najważniejszych prekursorów tzw. edukacji seksualnej, czyli deprawacji dzieci i młodzieży pod pozorem działalności edukacyjnej. Jak widzieliśmy, austriacki psychiatra-komunista nie ukrywał, że traktuje to jako najlepszy sposób rewolucjonizowania całej rzeczywistości społecznej.

Wiadomo, jeśli zdeprawuje się młode pokolenie, nie będzie ono już w stanie założyć normalnych, trwałych związków rodzinnych. A rodzina to przecież – jak twierdzili neomarksiści ze szkoły frankfurckiej, z którymi w pełni zgadzał się w tej sprawie W. Reich – główne źródło społecznej „alienacji” (wyobcowania).

To właśnie Wilhelm Reich był autorem koncepcji, w której „naukowo” udowadniał, że normalnie funkcjonująca rodzina (kochający się mąż i żona, którzy są jednocześnie troskliwymi, a przez to wymagającymi rodzicami) jest źródłem faszyzmu.

Na kartach opublikowanej w 1933 r. Masowej psychologii faszyzmu Reich przekonywał, że faszyzm (przez tę nazwę rozumiał również niemiecki narodowy socjalizm) najdogodniejsze dla siebie środowisko rozwoju znajduje w tzw. człowieku masowym, charakteryzującym się „irracjonalną strukturą charakteru”.

Skąd się jednak bierze ta fatalna wada? Tutaj Reich jako uczeń Z. Freuda miał już gotową odpowiedź: winne wszystkiemu jest tłumienie biologicznych (czytaj: seksualnych) popędów, wymuszane na człowieku przez „patriarchalną rodzinę”.

W ten sposób mamy gotowy ciąg skojarzeń: rodzina to coś złego, coś związanego z przemocą (jeśli nie w swoim wnętrzu, to z pewnością ukierunkowaną na zewnątrz).

Jak zawsze w przypadku ludzi, którzy patrzą „naukowo” na kulturową i społeczną rzeczywistość przez pryzmat seksu, warto spojrzeć na ich własne biografie, które wiele pod tym względem wyjaśniają.

Typowym przykładem jest tutaj Wilhelm Reich, pochodzący z rozbitej rodziny (jego matka zdradzała ojca) i przyznający się w spisanych przez siebie wspomnieniach do rozmaitych perwersji (nie wyłączając „seksualnego zainteresowania” zwierzętami)… Reich nie ukrywał również swojego homoseksualizmu.

Jak najdalszy był jednak od traktowania dewiacyjnych zachowań jako czegoś nienormalnego, budzącego niepokój. Wręcz odwrotnie. Traktował je jako wyraz działania „orgonu” (nazwa od „orgazmu”) – odkrytej przez siebie „pierwotnej energii tkwiącej w człowieku”. Chodziło tylko o to, by ją uwolnić, nie zważając na żadne „kulturowe uprzedzenia”…

Teoria Reicha o istnieniu „orgonu” okazała się paranaukowym hochsztaplerstwem, podobnie jak działalność utworzonego przezeń w 1950 r. w Stanach Zjednoczonych „Orgonomicznego Centrum Badawczego nad Dziećmi”.

Z całej tej szumnie brzmiącej nazwy jedynym prawdziwym rzeczownikiem był ten ostatni, ilustrujący niezdrowe zainteresowanie austriackiego psychiatry kilkuletnimi nawet dziećmi, które całkiem nagie były poddawane przez Reicha i jego współpracowników „zabiegom” w specjalnych „orgonomicznych akumulatorach”.

Po latach małoletni „pacjenci” Reicha przyznawali, że byli przez niego i jego asystentów regularnie molestowani. Niepokojące wiadomości o uprawianej przez austriackiego medyka pedofilii pod pozorem prowadzenia eksperymentów naukowych dotarły również do władz amerykańskich, które zareagowały zdecydowanie wobec oszustw i dewiacyjnych zachowań Reicha.

W 1956 r. FBI aresztowała teoretyka (i jak się okazało, także praktyka) „seksualnej emancypacji” dzieci i młodzieży. Wilhelm Reich zakończył życie w 1957 r. w więzieniu, oczekując na proces.

Jednak już 10 lat później ten pedofil o homoseksualnych skłonnościach, budujący „orgonomiczne akumulatory”, stał się jednym z guru „pokolenia 1968 roku”, czyli rodzącej się na uniwersyteckich kampusach po obu stronach Atlantyku tzw. nowej lewicy.

Ten nurt chętnie podchwycił pochodzące od W. Reicha hasło „seksualnej rewolucji”, a jego książka Seksualna walka młodzieży – obok Czerwonej książeczki chińskiego ludobójcy Mao Zedonga – stała się najważniejszą książką formacyjną dla zrewoltowanej zachodniej młodzieży.

„Nowa lewica” w całości przejęła hasła Reicha oraz jego mistrza Z. Freuda, które sprowadzały się do tego, że „patriarchalna, burżuazyjna rodzina” jest najpoważniejszą przeszkodą na drodze do „prawdziwego wyzwolenia człowieka”. Im więcej rozwiązłości, im więcej dewiacji, im więcej antykoncepcji, im więcej aborcji, tym pewniejsza droga do wolności – głosiła wychowana na Freudzie i Reichu „nowa lewica”…

Dwa raporty i mnóstwo kłamstw

W tym ataku na rodzinę powoływano się również na „naukowe” raporty. Nie można było wprost odwoływać się do badań Reicha o „orgonie”, sięgnięto więc do innego źródła, które miało uzasadnić program rozsadzenia życia rodzinnego.

Taką rolę spełnił sporządzony w 1948 r. tzw. raport Kinseya na temat seksualnych zachowań Amerykanów. Jego autor Alfred Kinsey był z wykształcenia zoologiem (entomolog), który założył „Instytut Badań nad Seksualnością”.

Kierowany przez niego zespół badawczy poddał badaniom kilka tysięcy Amerykanów i Amerykanek, a wyniki badań okazały się w tamtym czasie (koniec lat 40. XX wieku) dla amerykańskiej opinii publicznej prawdziwym szokiem.

Kinsey stwierdził bowiem, że niemal 70% mężczyzn w USA regularnie zdradza swoje żony, a 26% kobiet czyni podobnie w odniesieniu do swoich mężów.

Według raportu Kinseya aż 87% niezamężnych Amerykanek dokonało przynajmniej raz aborcji, natomiast wśród mężatek odsetek ten miał według niego wynosić 25%.

Raport przyniósł równie szokujące dane o stopniu rozpowszechnienia zachowań homoseksualnych (w 1948 r. karanych jako dewiacja seksualna). Otóż według ustaleń Kinseya aż 37% mężczyzn miało za sobą homoseksualną inicjację, a 10% z nich to aktywni homoseksualiści.

Wniosek, jaki płynął z raportu Kinseya, był jednoznaczny: ustabilizowane życie rodzinne w Ameryce jest mitem. Za fasadą porządnych rodzin szerzy się bowiem dewiacja i zdrada. Należy więc skończyć z obłudą i szczerze dążyć do „emancypacji seksualnej”.

Nieprzypadkowo na raport Kinseya powoływali się potem, na długo przed „pokoleniem 1968 roku”, wszyscy ci, którzy chcieli zerwania z chrześcijańską wizją rodziny.

Gdy w 1953 r. H. Hefner rozpoczynał wydawanie swojego pornograficznego magazynu „Playboy”, który w ciągu kilkudziesięciu lat był nieprzerwanie w awangardzie frontalnego ataku na rodzinę, w pierwszym numerze napisał, że w „filozofii” tego periodyku chodzi o propagowanie

„nowej moralności post-Kinseyowskiej ery”.

Już krótko po publikacji raportu Kinseya pojawiły się krytyczne wobec jego tez głosy uczonych, wyrażających wątpliwości co do metodologicznej rzetelności jego autora.

W 1990 r. J. Reisman i E. Eichel opublikowali książkę Kinsey – seks i oszustwo, która w oparciu o twarde dane obnażała oszustwo tkwiące za raportem Kinseya.

Amerykańscy naukowcy udowodnili bowiem, że niemal jedna czwarta respondentów Kinseya rekrutowała się z więźniów i prostytutek (lub spośród ludzi wskazanych przez prostytutki jako najlepszy „materiał badawczy”).

Mało tego. Okazało się, że w niejednym przypadku Kinsey i jego współpracownicy przepytywanie swoich respondentów zamieniali we współżycie seksualne. Już te dwa fakty będące pogwałceniem naukowej metodologii i etyki zawodowej wystarczą, by wrzucić raport Kinseya do kosza wraz z „orgonomicznymi” teoriami W. Reicha.

Analogia między Kinseyem a Reichem dotyczyła również wykorzystywania pozoru naukowości dla zaspokajania swoich dewiacyjnych popędów.

Jak wykazali w swojej książce Reisman i Eichel, Alfred Kinsey był aktywnym homoseksualistą, który wykazywał niezdrowe zainteresowanie „seksualnością” dzieci. Osobiście badał na przykład liczbę orgazmów doznawanych przez niemowlaki. Po raz kolejny okazało się więc, że za górnolotnymi słowami o „naukowości” i „emancypacji” kryła się dewiacyjna (pedofilska) chuć.

Również w 1948 r. ukazał się inny raport roszczący sobie prawo do naukowości, który posłużył następnie „nowej lewicy” do atakowania tradycyjnego modelu rodziny. Chodzi o książkę Osobowość autorytarna pod redakcją Theodore’a Adorna – jednego z czołowych przedstawicieli neomarksistowskiej szkoły frankfurckiej.

Publikacja ta była plonem badań prowadzonych od 1939 r. pod auspicjami działającego w Berkeley Studium Opinii Publicznej (Berkeley Public Opinion Study) oraz Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego (American Jewish Committee) nad zjawiskiem antysemityzmu w USA.

Główna teza raportu zredagowanego przez Adorna brzmiała w duchu diagnoz stawianych już wcześniej przez W. Reicha:

„autorytarna osobowość” to wychowany przez dwójkę rodziców człowiek „identyfikujący się z władzą, odwołujący się do demokracji, moralności, racjonalności, tylko po to, aby je zniszczyć”.

Wniosek więc był taki sam jak u Reicha: tradycyjna rodzina to wylęgarnia wszelkiego zła, przemocy i ciągotek ku faszyzmowi.

Krótko po ukazaniu się książki Adorna pojawiły się w prasie naukowej krytyczne wobec niej głosy naukowców (socjologów i psychologów społecznych), które w kolejnych latach tylko się wzmocniły, po tym jak się  okazało, że zespół kierowany przez Adorna (podobnie jak zespół Kinseya) skoncentrował swoje badania na kryminalistach osadzonych w więzieniach, zniekształcając w ten sposób reprezentatywność swoich „naukowych” badań.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Rewolucja Maryi. Opowieść o Niepokalanym SercuAdam i Ewa po pigułceMity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (3)