Historia Kościoła Zobacz

Rewolucja i rodzina cz. 4

Sie 17, 2020 Grzegorz Kucharczyk

Tam, gdzie słabnie wiara, zaćmieniu ulega również rozum, także w znaczeniu zwykłego zdrowego rozsądku. Trwający od początku epoki nowożytnej atak na rodzinę pokazuje także to, że chodzi o całkowite zniszczenie chrześcijańskiego ideału rodziny, którego wszystkie elementy są ze sobą wewnętrznie powiązane.

W poprzednich częściach artykułu mogliśmy się przekonać, jak w kolejnych wiekach wyglądał atak „świata”, czyli dominujących a wrogich chrześcijaństwu prądów intelektualnych i ustrojów politycznych, na rodzinę uformowaną według ewangelicznych wzorców.

Zakwestionowano wszystko. Zaczęło się od odrzucenia sakramentalnego charakteru małżeństwa (protestancka reformacja), wprowadzenia tzw. cywilnych małżeństw i rozwodów (rewolucja francuska), zalegalizowania zabijania nienarodzonych dzieci (bolszewicka Rosja) i podporządkowania rodziny rasistowskiej ideologii (nazistowskie Niemcy).

W naszych czasach ta ostatnia forma ideologizacji została zastąpiona jej innym rodzajem – ideologią praw człowieka. Do tych ostatnich bowiem zalicza się także „prawo do własnej ekspresji seksualnej” (czyt. do rozwiązłości), gdy przyjdzie na to ochota, nawet w tzw. związku jednopłciowym.

W ten sposób kwestionuje się prawo naturalne, a nawet samą naturę, skoro – jak przekonują zwolennicy ideologii genderyzmu – płeć to kwestia indywidualnego, „kulturowo uwarunkowanego” wyboru.

Skoro atak jest radykalny, taka też musi być obrona

Historia pokazuje, że tam, gdzie słabnie wiara, zaćmieniu ulega również rozum, także w znaczeniu zwykłego zdrowego rozsądku.

Trwający od początku epoki nowożytnej atak na rodzinę pokazuje także to, że chodzi o całkowite zniszczenie chrześcijańskiego ideału rodziny, którego wszystkie elementy są ze sobą wewnętrznie powiązane.

Tak jak z drogocennym gobelinem: gdy wyjmie się z niego jedną nitkę, zniszczeniu ulegnie całe dzieło. Destrukcja nie nastąpi od razu, będzie rozłożona w czasie, ale nastąpi niechybnie. Dlatego obrona zawartej w Ewangelii nauki o rodzinie nie może być wyrywkowa. Tutaj obowiązuje radykalne „wszystko albo nic”, ale taka – radykalna właśnie – jest Dobra Nowina. Pan w Apokalipsie mówi przecież:

„Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15-16).

Historia pokazuje, że wszystkie „kompromisy” podejmowane przez chrześcijan w odniesieniu do moralności, bez której nie może istnieć trwała rodzina, kończyły się ostatecznie całkowitą kapitulacją. W naszych czasach obowiązywanie tej prawidłowości widzimy na przykładzie stosunku poszczególnych denominacji chrześcijańskich do antykoncepcji.

W 1930 r. na konferencji w Lambeth Kościół anglikański – jako pierwsza wspólnota chrześcijańska – wyraził swoją akceptację dla sztucznej kontroli urodzin. Żądania podjęcia takiej decyzji pojawiały się w anglikańskim środowisku już wcześniej. Nad tą kwestią debatowały w 1908 i 1920 r. wcześniejsze konferencje Kościoła anglikańskiego. Podczas drugiej z nich (w 1920 r.) jego zwierzchnicy napisali w dokumencie podsumowującym obrady:

„Wyrażamy stanowcze ostrzeżenie i sprzeciw wobec używania nienaturalnych środków w celu uniknięcia poczęcia, mając na uwadze poważne niebezpieczeństwa – fizjologiczne, moralne i religijne – będące jego konsekwencją oraz wobec zła, na jakie naraża ludzkość rozpowszechnianie się tej praktyki”.

Kapitulacja przy pozorach dalszej walki

10 lat później nastąpiła jednak pełna kapitulacja. Nikt oczywiście tego słowa nie użył. Podkreślano nawet w 1930 r., że Kościół anglikański pozostaje na gruncie afirmacji rodzicielstwa jako nieodłącznej części „chwały życia małżeńskiego”. Niemniej jednak w feralnej rezolucji numer 15 znalazło się następujące sformułowanie:

„Jeśli istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, a równocześnie są moralnie istotne powody wykluczające całkowitą wstrzemięźliwość, Konferencja wyraża zgodę na zastosowanie innych metod, pod warunkiem zachowania tych samych zasad chrześcijańskich. Konferencja odnotowuje zdecydowane potępienie dla stosowania jakichkolwiek form kontroli poczęć z powodu egoizmu, dążenia do bogactwa lub zwykłego wygodnictwa”.

Akt kapitulacji opierał się więc na pokrętnej zasadzie, że grzech nazwano „moralnym zobowiązaniem”. Dla uspokojenia tych, którzy od początku protestowali przeciw zezwoleniu na antykoncepcję, stwierdzano, że będzie ono obowiązywać tylko w wyjątkowych przypadkach, gdy istnieją „moralnie istotne powody” (do grzechu), a w ogóle to przecież nic się nie zmieniło – ciągle odrzucamy egoizm i wygodnictwo.

Zgoda na „wyjątkowe przypadki” była motywowana chęcią pochylenia się nad „trudnymi przypadkami życiowymi”, czyli fałszywie w tym wypadku rozumianym miłosierdziem.

Konsekwencje „pewnych wyjątków”

Jakakolwiek ekwilibrystyka słowna nie była jednak w stanie przykryć faktu, że w ten sposób anglikanie weszli na drogę „rozwadniania chrześcijaństwa”, jak nazywa to współczesna amerykańska badaczka procesów dechrystianizacyjnych Mary Eberstadt.

Ta sama pisarka trafnie zauważyła – odnosząc się do konferencji w Lambeth w 1930 r. i do tego, co nastąpiło później – że

„najpierw pojawiają się ograniczone wyjątki od reguły, potem te wyjątki przestają być ograniczone i stają się nieformalną normą, aż w końcu ta nowa norma staje się teologicznie usankcjonowana”.

Pierwsza nitka w gobelinie została usunięta. Potem spruły się kolejne. W swojej książce Jak Zachód utracił Boga (wyd. polskie 2014 r.) M. Eberstadt zauważa:

„To, iż anglikanie najpierw odrzucili zakaz kontroli urodzeń, a potem dokonali zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni w kwestii homoseksualizmu, nie jest dziełem przypadku. Jest to logiczne następstwo wydarzeń”.

W 1996 r. wprost o tym związku mówił w wywiadzie dla brytyjskiej telewizji emerytowany anglikański arcybiskup Canterbury Robert Runcie:

„Gdy Kościół [anglikański] dał wyraźny znak […], że stosunek płciowy jest ludzką przyjemnością i błogosławieństwem, nawet jeżeli jest oddzielony od jakiejkolwiek myśli o prokreacji […], gdy usłyszeliśmy, że aktywność seksualna jest miła Bogu sama z siebie, to co w takim razie z ludźmi, którzy angażują się w relacje jednopłciowe, gdyż nie są zdolni do aktywności heteroseksualnej?”.

Parę lat wcześniej, w 1989 r., Rowan Williams – anglikański duchowny, który miał niedługo potem zasiąść na canterberyjskiej stolicy – mówił to samo:

„W Kościele, który akceptuje zasadność antykoncepcji, kategoryczne potępienie intymnych relacji jednopłciowych musi opierać się albo na abstrakcyjnym, fundamentalistycznym odczytaniu pewnych bardzo wieloznacznych tekstów, albo na problematycznej, niebiblijnej teorii o wzajemnym naturalnym dopełnianiu się, która odnosi się tylko i wyłącznie do różnic fizycznych, bez jakiegokolwiek odniesienia do struktur psychicznych”.

Dzisiaj w Kościele anglikańskim oraz w innych „afiliowanych” przy nim denominacjach protestanckich (np. Kościół episkopalny w USA) nie tylko błogosławi się związki homoseksualne, ale na eksponowane stanowiska w hierarchii kościelnej awansowani są tam zadeklarowani pederaści lub lesbijki.

W obronie Ewangelii i prawa naturalnego

Na tym tle stanowisko Kościoła katolickiego jest zdecydowanym sprzeciwem wobec prób rozwadniania chrześcijańskiej wizji małżeństwa i rodziny. W odpowiedzi na postanowienia konferencji w Lambeth oraz na głosy tych środowisk w Kościele, które domagały się pójścia w ślad za anglikanami w „wyjątkowych, moralnie uzasadnionych przypadkach”, papież Pius XI opublikował w 1930 r. encyklikę Casti connubii, która była potwierdzeniem odwiecznej nauki Kościoła w kwestii natury i celów chrześcijańskiego małżeństwa.

Pozostając wiernym Chrystusowemu nakazowi

„Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie” (Mt 5,37),

Pius XI jasno pisał we wspomnianym dokumencie:

„Wielu ośmiela się nazywać je [potomstwo] przykrym ciężarem małżeństwa i poleca wystrzegać się go starannie, nie przez uczciwą wstrzemięźliwość (która za zgodą obojga małżonków także w małżeństwie jest dozwolona), lecz gwałceniem aktu naturalnego. […] Ale nie ma takiej przyczyny, choćby najbardziej ważnej, która by zdołała z naturą uzgodnić i usprawiedliwić to, co samo w sobie jest naturze przeciwne.

Otóż akt małżeński z natury swej zmierza ku płodzeniu potomstwa. Działa zatem przeciw naturze i dopuszcza się niecnego, w istocie swej nieuczciwego, czynu ten, kto spełniając uczynek, świadomie pozbawia go jego skuteczności. […]

Małżeństwo bowiem i używanie go obejmuje jeszcze drugorzędne cele, jak wzajemną pomoc, wzajemną miłość i uśmierzanie pożądliwości. Do tych celów wolno małżonkom dążyć, jeśli tylko przestrzegają prawidłowości owego aktu i podporządkowują go celowi pierwszemu”.

Gdy skonfrontujemy tę naukę następcy św. Piotra z pokrętnymi sformułowaniami wspomnianej konferencji anglikańskiej w Lambeth, mamy przed sobą przepaść w nauczaniu o rodzinie (małżeństwie). W kolejnych dziesięcioleciach XX wieku będzie ona coraz głębsza.

Podczas gdy kolejne wspólnoty protestanckie otwierały szeroko drzwi „wyjątkowym przypadkom”, które bardzo szybko stały się regułą, Kościół katolicki twardo stał na stanowisku nie tylko obrony prawa Bożego zapisanego w Piśmie św. i utrwalonego w Tradycji Kościoła, ale tym samym bronił również prawa naturalnego.

„Moralności nie można zastąpić przez chemię”

Taki był najgłębszy sens ogłoszonej 50 lat temu, w lipcu 1968 r., przez św. Pawła VI encykliki Humanae vitae. Papież podkreślał na jej kartach, że z woli Bożej Kościół Święty został

„ustanowiony autentycznym strażnikiem i tłumaczem całego prawa moralnego, a więc nie tylko ewangelicznego, ale także naturalnego. Prawo bowiem naturalne jest również wyrazem woli Bożej i jego wierne przestrzeganie jest ludziom konieczne do zbawienia”.

Wychodząc właśnie z tych przesłanek, Ojciec Święty ponowił potępienie antykoncepcji. Wiemy, że atak na rodzinę jest całościowy i ma wielowątkowe konsekwencje. Podobnie i obrona chrześcijańskiego modelu życia małżeńskiego podjęta przez św. Pawła VI miała charakter integralny, czyli całościowy. Papież w swej encyklice podkreślał bowiem, że

„problem przekazywania życia, podobnie jak każdy inny problem dotyczący życia ludzkiego, powinien być tak rozpatrywany, aby – poza aspektami cząstkowymi, należącymi do porządku biologicznego, psychologicznego, demograficznego czy socjologicznego – uwzględnił całego człowieka i całe jego powołanie, obejmujące nie tylko porządek naturalny i doczesny, ale również nadprzyrodzony i wieczny”.

Paweł VI przypominał więc, wbrew wszystkim grasującym w naszych czasach ideologiom propagującym rozwiązłość („bo inaczej się nie da żyć we współczesnym świecie”), że

„gdy chodzi o wrodzone popędy i namiętności, to odpowiedzialne rodzicielstwo oznacza konieczność opanowania ich przez rozum i wolę”.

Papież uderzał jeszcze w kolejny mit, czyli w przekonanie o istnieniu absolutnej wolności, odseparowanej od norm prawa moralnego. W Humanae vitae czytamy:

„W pełnieniu obowiązku przekazywania życia nie mogą oni [małżonkowie] postępować dowolnie, tak jak gdyby wolno im było na własną rękę i w sposób niezależny określać poprawnie moralne metody postępowania; przeciwnie, są oni zobowiązani dostosować swoje postępowanie do planu Boga-Stwórcy, wyrażonego z jednej strony w samej naturze małżeństwa oraz w jego aktach, a z drugiej – określonego w stałym nauczaniu Kościoła”.

Dla wielu współczesnych – także dla wielu w Kościele – były to „twarde słowa”, trudne do zniesienia. Jakże jednak nie przyznać racji kard. Josephowi Ratzingerowi (późniejszemu papieżowi Benedyktowi XVI), który jako arcybiskup Monachium i Fryzyngi 10 lat po ogłoszeniu Humanae vitae pisał:

„Nawet ci, którzy nie zgadzali się z jego [papieża Pawła VI – przyp. red.] wieloma twierdzeniami, dziś, w dziesięć lat po ogłoszeniu encykliki, zrozumieli, że potrzebowaliśmy takiego ostrzeżenia, które chroni dzieło stworzenia przed manipulacją, a człowieka przed jego własnymi odkryciami, stawiając granice naszego władztwa wobec żelaznych praw Boskiego dzieła stworzenia.

Chciałbym wyciągnąć dwie prawdy z powyższego. Po pierwsze: moralności nie można zastąpić przez chemię. Po drugie: człowiek nie może uniknąć swego dramatu, pozbyć się konfliktu między wolnością a wynikającym z tej wolności cierpieniem”.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (4)Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (3)Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (1-2)