Rewolucja i rodzina

Siostra Łucja dos Santos (zm. w 2005 r.), która w Fatimie w 1917 r. wraz ze świętymi Hiacyntą i Franciszkiem Marto dostąpiła łaski objawienia Matki Bożej, mówiła, że ostatecznym polem bitwy między siłami Dobra i siłami Zła będzie rodzina.

Obserwując dzieje człowieka od epoki nowożytnej, można powiedzieć, że starcie to z każdym kolejnym przewrotem rewolucyjnym uderzającym w podstawy cywilizacji chrześcijańskiej staje się coraz bardziej wyraźne.

Reformacja – odarcie małżeństwa ze świętości

Cywilizacja chrześcijańska, która wyrosła jako „produkt uboczny” ewangelizacyjnej działalności Kościoła, nie tylko odziedziczyła dorobek cywilizacji starożytnej (grecko-rzymskiej), która uznając obowiązywanie prawa naturalnego, widziała w rodzinie naturalne środowisko wzrastania człowieka i w związku z tym otaczała ją ochroną prawną (por. prawo rzymskie), ale dodatkowo ją uświęciła.

Kluczowa pod tym względem była oczywiście nauka Zbawiciela, który podniósł małżeństwo do rangi sakramentu i zrównał w nim prawa obu płci. Zauważmy, że uczynił tak, mimo iż w gronie Jego najbliższych uczniów – jak relacjonuje Ewangelia – na słowa podkreślające nierozerwalność związku małżeńskiego podnosiły się głosy protestu i powątpiewania w możliwość spełnienia tak wysokich standardów moralnych.

Można powiedzieć, że te głosy przez wieki historii Kościoła nie zamilkły i z różną mocą były one (i są także dzisiaj) słyszalne.

W epoce nowożytnej pierwsze wielkie uderzenie w rodzinę chrześcijańską opartą na sakramentalnym małżeństwie wykonała protestancka reformacja. Zasadnicze znaczenie miało w tym kontekście zanegowanie przez Marcina Lutra sakramentalnego charakteru małżeństwa. Twórca reformacji wprost twierdził, że

„nic, co dotyczy spraw małżeńskich, nie należy do Ewangelii”.

Z tej tezy Luter wyprowadził kolejne konsekwencje w postaci zezwolenia na rozwody. Negując całkowicie uprawnienia papieży do udzielania dyspensy, sam bardzo chętnie takie uprawnienia przypisywał sobie.

Pominął przy tym naukę Ewangelii, która w wielu miejscach wyraźnie przywołuje słowa Chrystusa o nierozerwalności związku małżeńskiego, a odwoływał się tylko do przykładów ze Starego Testamentu (patriarchów oraz królów starożytnego Izraela), by uzasadnić udzielane przez siebie zezwolenia na rozwody. Nie tylko zresztą na rozwody, bo znamy przypadki (np. Filipa, landgrafa heskiego), gdy Marcin Luter udzielał zgody na bigamię.

Kolejną konsekwencją takiego stanowiska twórcy reformacji była całkowita sekularyzacja (zeświecczenie) małżeństwa w krajach, w których zwyciężył protestantyzm. Marcin Luter uważał bowiem, że jedyną instancją władną rozstrzygać sprawy sporne w małżeństwie (włącznie z jego unieważnieniem) była władza państwowa.

Nie sądy kościelne (biskupie), ale sądy państwowe. Gdy w 1520 r. Luter wrzucał do ognia Kodeks prawa kanonicznego, palił tym samym kościelne prawo regulujące postępowanie w tych kwestiach. Do protestanckiej triady: „tylko łaska”, „tylko Pismo Święte” i „tylko wiara” należy dodać kolejne hasło – „tylko państwo”.

Historia reformacji to jest również historia heroicznego świadectwa na rzecz nauki Chrystusa o nierozerwalności małżeństwa jako związku sakramentalnego. Przypomnijmy, że proces odpadania Anglii od łączności z Kościołem powszechnym rozpoczął się, gdy król Henryk VIII, nie będąc w stanie pohamować swoich dość niskich popędów, zdecydował się „zalegalizować” cudzołożny związek z Anną Boleyn, dwórką jego żony, Katarzyny Aragońskiej.

Nie uzyskawszy zgody papieża na „unieważnienie” małżeństwa z Katarzyną, król Henryk VIII zdecydował sam sobie „unieważnić” małżeństwo jako „Głowa Kościoła w Anglii”. Taki tytuł władca Anglii przyjął w 1534 r. i od swoich poddanych wymagał złożenia stosownej przysięgi wierności – nie tylko jako królowi, ale i jako „Głowie Kościoła w Anglii”.

Złożenie zaś takiej przysięgi oznaczało tym samym zaakceptowanie udzielonego przez Henryka VIII samemu sobie „unieważnienia” małżeństwa z królową Katarzyną.

To była zasadnicza przyczyna, dla której wedle takiej formuły przysięgi nie złożyli święci Tomasz Morus (More) oraz kardynał John Fisher, biskup Rochester. W 1535 r. za swoją heroiczną obronę nierozerwalności małżeństwa oddali oni swoje życie.

Śmierć mieli lekką (przez ścięcie toporem). W okrutnych torturach (ćwiartowanie i wypruwanie wnętrzności żywcem) umierali zaś z tego samego powodu londyńscy kartuzi – wielcy świadkowie wartości sakramentu małżeństwa.

Rewolucja francuska – rodzice to wróg

Kolejnym wstrząsem, który uderzył w podstawy cywilizacji chrześcijańskiej w Europie, była rewolucja francuska.

Bez przesady można powiedzieć, że francuscy rewolucjoniści, gdy chodzi o atak na rodzinę, byli kontynuatorami destrukcyjnego dzieła Marcina Lutra. „Zdobyczami” rewolucji były bowiem tzw. małżeństwa cywilne oraz związane z nimi cywilne rozwody wprowadzone w 1791 r. Nie ukrywano zresztą, że decyzja ta jest częścią szerszego planu dechrystianizacji francuskiego społeczeństwa.

Francuscy rewolucjoniści nie tylko kontynuowali dzieło reformacji polegające na desakralizacji małżeństwa, a tym samym rodziny.

Poszli oni krok dalej, negując władzę rodzicielską nad wychowaniem swoich dzieci. Rodzina jako pierwsze i podstawowe miejsce wychowania dzieci jawiła się im jako rzecz nie do przyjęcia. W opublikowanej w 1791 r. (a więc jeszcze przed terrorem jakobińskim) broszurze o wychowaniu jednego ze zwolenników rewolucji pisano, że

„ze wszystkich form edukacji najgorsze, a nawet wręcz żadne, jest wykształcenie domowe. […] Należałoby – aby pracować owocnie nad edukacją młodzieży – zacząć od edukowania rodziców. Ale rodzice nigdy nie zgodzą się zmienić. Uważają, że są ideałem, i pragną, aby dzieci były do nich podobne”.

Gdy ogłoszono powstanie republiki (sierpień 1792 r.) i rozpoczął się jakobiński terror, wszystkie maski opadły. W 1793 r. jeden z jakobińskich przywódców Georges Danton wołał z trybuny rewolucyjnego parlamentu:

„Dzieci najpierw należą do Republiki, a dopiero potem do swoich rodziców”.

Przekonywał, że

„to w szkołach należących do narodu [tj. szkołach kontrolowanych przez rewolucyjny rząd – przyp. G.K.] dziecko powinno ssać republikańskie mleko”.

Inaczej bowiem grozi sytuacja, że młode pokolenie odwróci się od rewolucji i powołanej przez nią republiki.

„Któż mi zagwarantuje – pytał Danton – że dzieci urabiane przez pełnych egoizmu ojców nie staną się niebezpieczne dla Republiki?”.

Jakże wymowne jest to wyszczególnienie przez promotora rewolucyjnego terroru ojcowskiej władzy w rodzinie jako najpoważniejszego zagrożenia dla rewolucyjnego „dorobku”.

Nieprzypadkowo właśnie od czasów rewolucji francuskiej coraz wyraźniej zauważalny jest atak na pozycję ojca w rodzinie. Ojca, który samym swoim istnieniem i autorytetem przypominał o istnieniu i autorytecie innego Ojca, od którego pochodzi każda władza.

Chodziło tu nie tylko o sferę deklaracji. 28 sierpnia 1792 r. rewolucyjny Konwent (parlament) ogłosił dekret ograniczający władzę ojca poprzez zniesienie obowiązku uzyskania przez dzieci (syna lub córkę) jego zgody na zawarcie związku małżeńskiego po 21. roku życia.

Jak więc widać, w przekonaniu francuskich rewolucjonistów odebranie rodzicom (ojcom przede wszystkim) wpływu na wychowanie własnych dzieci miało być drugą stroną tego samego medalu, którego inną stroną był terror. W obu przypadkach chodziło o stworzenie „nowej Francji” i „nowych Francuzów” – „nowych”, czyli odseparowanych od religii i cywilizacji chrześcijańskiej.

Na mocy uchwalonej pod koniec 1793 r. tzw. ustawy Bouquiera wprowadzono we Francji (po raz pierwszy w jej historii) państwowy monopol na edukację dzieci i młodzieży. Dozwolono co prawda na istnienie szkół prywatnych – do tej kategorii nie zaliczały się jednak szkoły prowadzone przez Kościół, bo w momencie uchwalania tej ustawy chrześcijaństwo w rewolucyjnej Francji było zdelegalizowane – jednak i one pozostawały pod nadzorem państwa.

Najstraszniejsze w rewolucji nie jest to, co ona niszczy, ale to, co tworzy – jak celnie zauważył Joseph de Maistre. W przypadku rewolucji francuskiej stworzono tradycję polityki wymierzonej w podstawy chrześcijańskiej rodziny opartej na nierozerwalności sakramentalnego związku małżeńskiego.

Instytucja tzw. małżeństw cywilnych oraz cywilnych rozwodów przetrwała bowiem republikę i została umieszczona przez Napoleona w ogłoszonej przez niego w 1804 r. kodyfikacji prawa francuskiego (kodeks cywilny Napoleona), a wraz z postępami napoleońskiej Wielkiej Armii rozszerzyła się ona niemal na całą Europę. W ten sposób w 1808 r. po raz pierwszy tzw. małżeństwa cywilne wraz z rozwodami zostały wprowadzone na ziemie polskie, do Księstwa Warszawskiego.

Okres rewolucyjnych wstrząsów łącznie z rządami napoleońskimi to niemal 30 lat (1789-1815), a więc czas życia jednego pokolenia. Nowego pokolenia Francuzów, którzy w wielu wypadkach wyrośli, nie wiedząc, co to jest małżeństwo na wzór chrześcijański.

Tylko w latach 1792-1803 w Paryżu co czwarte małżeństwo kończyło się cywilnym rozwodem. Przerwano w ten sposób łańcuch ciągłości pokoleń wyrosłych w kulturze życia codziennego naznaczonego moralnością chrześcijańską.

Po 1815 r. należało więc w wielu miejscach wszystko zaczynać od nowa. Nie wszyscy jednak mieli takie szczęście jak parafianie z małego Ars, którzy w osobie św. Jana Marii Vianneya otrzymali proboszcza – prawdziwego tytana ducha.

Marksizm – rodzina to miejsce „walki klasowej”

Należy zauważyć, że nieodłącznym elementem przetaczających się przez XIX-wieczną Europę „wojen o kulturę” (kulturkampfów) była laicyzacja małżeństwa na wzór rewolucji francuskiej. Na przykład w okresie prowadzonego po 1871 r. przez Bismarcka i wspierających go liberałów niemieckiego kulturkampfu po raz pierwszy wprowadzono w Prusach cywilne małżeństwa i rozwody – jako wyraz zrywania z „niższą” kulturą katolicką.

Od reformacji poprzez rewolucję francuską po kulturkampfy – grunt był przygotowany pod kolejną fazę ataku na chrześcijańską rodzinę. W sekularyzacyjny i laicyzacyjny wyłom miała wejść ideologia marksistowska, która od początku swojego istnienia definiowała się nie tylko jako wróg chrześcijańskiego małżeństwa i wyrosłej z niego rodziny, ale jako wróg prawa naturalnego obowiązującego także w odniesieniu do rodziny i małżeństwa.

Dla twórców tzw. socjalizmu naukowego – Karola Marksa i Fryderyka Engelsa – rodzina nie była naturalnym środowiskiem wzrastania człowieka, ale produktem rozwoju historycznego; rozwoju rozumianego stricte materialistycznie (marksistowski materializm dziejowy).

Małżeństwo oparte na trwałym związku mężczyzny i kobiety traktowane było przez nich nie tylko jako produkt „walki klas”, ale również jako jedna z aren, na których dokonują się „antagonizmy klasowe”. Krótko mówiąc, rodzina to rzecz mocno podejrzana. Nic w niej nie ma naturalnego, a wszystko można w niej zmienić, skoro jest ona rezultatem rozwoju historycznego.

Wypowiedzenie wojny chrześcijańskiemu pojmowaniu małżeństwa i rodziny zawiera opublikowany w 1848 r. Manifest komunistyczny. Karol Marks i Fryderyk Engels zapisali w nim m. in.:

„Na czym się opiera współczesna, burżuazyjna rodzina? Na kapitale, na prywatnym dorobku. W pełni rozwinięta rodzina istnieje tylko dla burżuazji, ale jej uzupełnieniem jest przymusowy brak rodziny u proletariuszy i publiczna prostytucja. Burżuazyjna rodzina zniknie naturalnie ze zniknięciem tego swego uzupełnienia, a jedno i drugie przestanie istnieć ze zniknięciem kapitału”.

Wizję „nowej rodziny” rozwinął Fryderyk Engels w opublikowanej w 1884 r. książce Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa. Podważył w niej wszystkie, nie tylko chrześcijańskie, ale także wywodzące się z prawa naturalnego, zasady życia rodzinnego.

Według Engelsa monogamiczne małżeństwo jest niczym innym jak „absurdalnym założeniem”, a pojawiło się nie jako wyraz naturalnych skłonności człowieka, ale jako produkt „relacji własnościowych”.

Engels jest również autorem narracji budującej swoistą logikę podejrzeń wobec rodziny – logiki stale obecnej we współczesnych mutacjach kulturowego marksizmu (zob. zideologizowane pojęcie „przemocy w rodzinie”). W swoim Pochodzeniu rodziny pisał, że

„małżeństwo pojedynczej pary nie występuje w żadnym wypadku w dziejach jako pojednanie mężczyzny i kobiety, tym bardziej nie jest jego najwyższą formą. Wprost przeciwnie, ono występuje jako uciemiężenie jednej płci przez drugą, jako proklamacja nieznanej w dotychczasowych dziejach sprzeczności płci”.

W rodzinie dochodzi więc do „pierwszego klasowego ucisku”. Tam ujawnia się „pierwsze klasowe przeciwieństwo”.