Stracić wszystko dla Chrystusa

Wiara w Chrystusa jest wezwaniem do pójścia za Nim wszędzie – także na krzyż. Droga krzyżowa jest doświadczeniem prawie 1400 lat życia Asyryjczyków pod muzułmańskimi reżimami. Pomimo tego chrześcijanie ci nie poddali się, a częstokroć pomagają także innym. Świadectwo siostry Hatune jest jednym z wielu dowodów na to.

Urodziłam się w 1970 r. w asyryjskiej wsi Zaz w południowo-wschodniej Turcji. Region ten, zwany „Tur Abdin” (po aramejsku: Góra Sług Bożych), był chrześcijański od pierwszych wieków (Ewangelię głosili tu św. Andrzej i św. Tadeusz), do czasu gdy przybyli tu muzułmanie.

Rodzina

Wzrastałam w bogatej rodzinie. Miałam dziewięcioro sióstr i braci. Utrzymywaliśmy się z płodów ziemi. Codzienna modlitwa oraz dzieła miłosierdzia towarzyszyły pracy na roli i naszej szkolnej nauce.

Mój ojciec modlił się siedem razy dziennie, jak uczył św. Efrem. Był on analfabetą – nie miał możliwości uczęszczania do szkół – ale miał mądrość daną od Boga.

Ojciec pracował ciężko w ciągu dnia, a nocami pilnował pól przed muzułmanami. Wyznawcy Allaha są bowiem przekonani, że to, co należy do wyznawców innych religii, tak naprawdę należy do nich.

Oni stworzyli niewolniczy system dzimmi, który obejmował w krajach muzułmańskich podwładnych niemuzułmańskich, głównie żydów i chrześcijan. Polegał on na narzucaniu i wyłudzaniu podatku w formie dżizji (podatku pogłównego) za roztaczanie rzekomej „ochrony” nad niemuzułmanami. W końcu sam Koran uczy:

„Wy [czyli muzułmanie] jesteście najlepszym narodem, jaki został utworzony dla ludzi […]. A jeśliby uwierzył lud Księgi, to byłoby dla niego lepiej. Wśród nich są wierzący, lecz większość z nich to ludzie szerzący zepsucie” (sura 3,110).

Widać więc z tego, że muzułmanie są uważani za najlepszych, a chrześcijanie czy żydzi za „ludzi szerzących zepsucie”.

W przypadku niepłacenia dżizji dochód kafira („niewiernego”, czyli niemuzułmanina) przepadał na rzecz muzułmanów. Choć dżizja nie obowiązuje obecnie w krajach muzułmańskich, ten sposób myślenia wciąż nie jest obcy wielu muzułmanom, dlatego nocą musieliśmy pilnować pól. Inaczej nie mielibyśmy czego jeść.

„Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego” (Mt 10,23)

Tak naprawdę jedynym powodem, dla którego musieliśmy wszystko sprzedać i wyjechać, była nasza wiara. Ojciec nigdy nie myślał o emigracji: zbudował w 1984 r. nowy dom i niczego rodzinie nie brakowało. Poza tym, kto chce opuszczać swoją ziemię, mając świadomość, że jest to dziedzictwo jego przodków?

Trzy muzułmańskie, kurdyjskie rodziny, które mieszkały w naszej wiosce, regularnie utrzymywały się z kradzieży naszych owoców. Raz ludzie ci próbowali obrabować nasze pola, ale ojciec wraz z pozostałymi mieszkańcami przeszkodzili im w tym.

Gdy została wezwana policja, ojciec bez trudu rozpoznał rabusiów. Tureccy policjanci woleli jednak „zaaresztować” winogrona… Muzułmanin przecież nie może oskarżyć muzułmanina w sporze z „niewiernym”! Musi zawsze lojalnie stanąć po stronie drugiego wyznawcy Mahometa.

Po nieudanej próbie kradzieży rabusie w obecności 200 osób złożyli przysięgę na Koran, że zabiją ojca. O przysiędze tej dowiedzieliśmy się od dwóch chrześcijan, którzy byli świadkami tej sceny. Wtedy podjęliśmy decyzję o ucieczce.

W tydzień sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy, po czym uciekliśmy do Stambułu. Tamtych sześciu nie dało za wygraną i ścigało nas. Podróżowaliśmy jednak prywatnym busem, dlatego napastnicy nie byli w stanie nas znaleźć. W ten sposób w 1985 r. opuściliśmy swój dom, udając się na przymusową emigrację.

W Stambule czekaliśmy trzy miesiące na paszporty i bilety dla całej rodziny. Zapłaciliśmy olbrzymie pieniądze, żeby to wszystko uzyskać…

Szkołę podstawową skończyłam w Turcji. Dyrektor i wychowawca byli muzułmanami. Nie pozwalali nam, chrześcijanom, rozmawiać w języku aramejskim na terenie szkoły. Ponadto, w każdy piątek, kiedy odbywały się obowiązkowe zajęcia z islamu, a my jako chrześcijanie bojkotowaliśmy je, nauczyciel bił nas za karę długą, metalową linijką.

Zakon i fundacja

W Niemczech skończyłam szkołę średnią. Potem studiowałam teologię katolicką oraz psychologię w Augsburgu, marząc o pracy na uczelni. Bóg miał jednak dla mnie inny plan. Pragnienie zakonu żyło we mnie od trzeciego roku życia.

Zdecydowałam się na drogę zakonną pod wpływem świadectwa życia mojego ojca. Dla mnie pierwszym miejscem nauczania wiary był dom, a nie kościół, bo w niedziele państwo tureckie zakazywało nam uczęszczać do kościoła. Pamiętam, że ojciec co niedzielę po przyjściu z liturgii streszczał nam kazania.

W okresie liceum odbywałam praktyki u katolickich Sióstr Chrześcijańskiej Miłości w Paderborn. Po ukończeniu szkoły zdecydowałam się wstąpić do klasztoru syryjsko-ortodoksyjnego w Holandii.

Przez 9 lat odbywałam postulat i nowicjat w klasztorze św. Efrema, równocześnie studiując. Uwielbiałam się uczyć – czyniłam to przez 21 lat! Mam uprawnienia do wykonywania pięciu zawodów, ale od 1991 r. jestem bezrobotna. Nie mogę jednak powiedzieć, bym narzekała na brak zajęć.

„Wszystko to zasługa Pana”

Nasza fundacja (Fundacja Hatune – Pomocne Dłonie dla Biednych i Potrzebujących) działa między innymi w Syrii. W październiku 2016 r. jedno z większych miast syryjskich, Aleppo, nadal było w ogniu walk. Dowiedziałam się od naszej grupy działającej na miejscu, że chrześcijańskie dzieci są na skraju śmierci głodowej, chowając się po piwnicach.

Zadzwoniono do mnie z dramatycznym apelem:

„Siostro, potrzebujemy pilnie siostry pomocy w wyprowadzeniu nas przez kanały. W przeciwnym wypadku umrzemy tutaj. Nie możemy pokazać się na zewnątrz, bo to niebezpieczne. Jeślibyśmy wyszli, na ochronę mogliby liczyć tylko muzułmanie”.

W ciągu kilku dni zebrałam kilkadziesiąt tysięcy euro, by przekazać je potrzebującym rodzinom w Aleppo. Pojechałam do Stambułu. Mam tam lokalną grupę, która załatwiała mi wjazd do Syrii. Ludzie ci powiedzieli, że umówionego dnia przybędą pośrednicy.

„Dogadamy się z nimi, by siostra mogła dotrzeć do tych rodzin. My wiemy, że to jest bardzo niebezpieczne”.

Kiedy dojechałam do granicy, tak mnie „zaanonsowano”:

„Jedzie druga Matka Teresa. Jej nie obchodzi Wasza polityka, ona jedzie do dzieci, które umierają tam z głodu”.

W Antiochii przed granicą musiałam zostawić swój sprzęt: komórkę oraz wszelkie urządzenia elektroniczne.

„Jeśli siostra weźmie ze sobą komórkę, zabiją siostrę na miejscu. Taką mamy umowę. Żadnych mediów ze sobą”.

Kiedy oddałam swoją komórkę, moje serce zaczęło szybciej bić. Byłam przerażona. Bałam się tak, jakbym była bez broni. To tylko komórka, ale miałam uczucie, jakbym coś traciła. Zrobiłam znak krzyża i pomodliłam się:

„Mój Panie, Ty jesteś moim Zbawicielem. Ty wiesz, że nie idę tam dla rozrywki ani dla siebie, ale dla Twoich dzieci. Składam swoje życie w Twoje ręce. Ty jesteś moim Zbawicielem”.

Zabrałam ze sobą tylko jedno pudło lekarstw, kilka T-shirtów i portfel pieniędzy – 62 000 euro. Doszliśmy do pierwszego punktu kontrolnego. Strażnicy przyłożyli dwa kałasznikowy do mojej głowy, tak że czułam je na skórze.

Wzięli portfel i spytali, dla kogo są te pieniądze. Powiedziałam, że to dla dzieci koczujących w piwnicach. Oddali mi go wtedy – i tak było siedem razy. Ani razu nie otworzyli portfela. Gdyby to zrobili, jestem pewna, że zabiliby nas na miejscu.

W Aleppo dostałam się do pierwszej piwnicy. Było tam tak dużo rodzin, że nawet dzieci nie miały jak się ruszać. Smród był nie do opisania… Rodzina po rodzinie zaczęłam rozdzielać lekarstwa i pieniądze. Wtedy jedno z dzieci zaczęło błagać:

„Siostro, my nie potrzebujemy pieniędzy. Proszę, daj nam chleb i wodę”.

Na chwilę przerwałam rozdzielanie leków i pieniędzy. Zwróciłam się do tego chłopca – miał na imię Józef – pokazałam mu jeden banknot i powiedziałam, że taki banknot euro jest wart milion syryjskich lirów i że może za niego kupić całą górę chleba i wody. Do dziś nie zapomnę uśmiechu, jaki pojawił się wtedy na jego twarzy.

Skończyłam rozdzielać lekarstwa i żywność, po czym przeszłam do następnej piwnicy. Pewien człowiek z lokalnej grupy powiedział mi:

„Siostro, zaraziłaś nas chorobą, z której się nie wyleczymy”.

Zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi. A on na to:

„Tak długo, jak będziemy żyć, będziemy służyć innym i pomagać, jak ty. To jest »choroba«, którą nas »zaraziłaś«”.

Wszyscy płakaliśmy. Zaczęłam ich przytulać. Pokazali mi swoje rany i zaczęli wyjaśniać, skąd się wzięły.

„Pomagaliśmy grupie chrześcijan ukryć się w piwnicy. Muzułmańscy sąsiedzi napadli na nas z nożami. Zostaliśmy poranieni, na szczęście niezbyt mocno. Podczas gdy oni nas ranili, z odsieczą przybyli syryjscy żołnierze. Wybawili nas z opresji i zaprowadzili do szpitala”.

Prawdziwy pokój

Można zadać pytanie: dlaczego do tego doszło? Przecież do tej pory ci sąsiedzi – muzułmanie i chrześcijanie – żyli obok siebie w zgodzie. Dlaczego nagle sąsiedzi stali się wrogami? Wytłumaczenie jest niestety bardzo proste: skorzystali z okazji.

Żaden muzułmanin, który wierzy w Koran i idzie za jego naukami, nie może być przyjacielem chrześcijan, gdyż Koran mu tego zabrania (zob. sura 5,51). Słowa Koranu są przeciw ludzkości, jak np. sura 47,4:

„Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą, to uderzcie ich mieczem po szyi; a kiedy ich całkiem rozbijecie, to mocno zaciśnijcie na nich pęta. A potem albo ich ułaskawicie, albo żądajcie okupu […]”.

Ten, kto mówi, że Jezus jest Synem Bożym, jest niewiernym według islamu (zob. sura 4,171; 5,116).

„Zapłatą dla tych, którzy zwalczają Boga i Jego Posłańca i starają się szerzyć zepsucie na ziemi, będzie tylko to, iż będą oni zabici lub ukrzyżowani albo też obetnie im się rękę i nogę naprzemianlegle, albo też zostaną wypędzeni z kraju. Oni doznają hańby na tym świecie i kary bolesnej w życiu ostatecznym” (sura 5,33).

Jedna osoba z mojej fundacji została ukrzyżowana w Iraku, więc te słowa nie są tylko historycznym anachronizmem.

Jestem przekonana, że tylko miłość Chrystusa może dać pokój temu światu. Z Koranem, który propaguje barbarzyństwo, mordowanie, gwałty, porwania, kłamstwo i wykorzystywanie, nie jest możliwe normalne, ludzkie życie. To nawet nie jest sposób postępowania zwierząt, ale demonów!

A „Syn Boży objawił się po to, aby zniszczyć dzieła diabła” (1 J 3,8b),

dlatego tak bardzo potrzebuje On naszych serc i rąk do pracy, byśmy nieśli Jego miłość i pokój.

siostra Hatune
(spisał i opracował Bartłomiej Grysa)