Tylko Bogu dziękujcie!

Jesteśmy małżeństwem od 2012 r. Mamy trójkę wspaniałych dzieci. Chcielibyśmy się podzielić świadectwem działania Pana Boga w naszym życiu.

Zaczniemy od historii narodzin naszego pierwszego dziecka. Ciąża przebiegała bez zastrzeżeń. Jednak tuż po urodzeniu się naszego syna Karolka wykryto u niego drgawki toniczno-kloniczne, a USG główki wykazało u niego liczne torbiele w mózgu. Lekarz stwierdził, iż może rozwinąć się z tego wodogłowie.

Ta informacja była dla nas prawdziwym szokiem. Zaczęliśmy gorąco się modlić, jednak podczas kolejnych wizyt potwierdzono diagnozę… Drgawki się powtarzały.

Zwróciliśmy się do naszego znajomego z pytaniem, czy może polecić nam jeszcze innego specjalistę, abyśmy mogli się z nim skonsultować. Jako człowiek głębokiej wiary, zapytał nas w pierwszej kolejności, czy Karolek jest już ochrzczony. Odpowiedzieliśmy, że oczywiście planujemy chrzciny, ale w późniejszym terminie.

„Najpierw go ochrzcijcie, później będziemy myśleli, jak go leczyć” – poradził nam nasz znajomy.

Szybko zmieniliśmy swoje plany i w najbliższy weekend zorganizowaliśmy chrzciny. Kilka dni później przypadał termin wizyty kontrolnej i okazało się, że torbiele w mózgu Karolka wchłonęły się i nie było już u niego żadnych przesłanek do powstania wodogłowia. Drgawki ustąpiły.

Lekarze stwierdzili, że zapewne naszemu dziecku dolegało coś innego, niż zdiagnozowali, i dlatego chłopiec jest zdrowy. Wówczas uznaliśmy, że zapewne jest tak, jak mówią, i w najmniejszym stopniu nie połączyliśmy tego, co się wydarzyło, z chrztem. Dzisiaj już jednak mamy świadomość uzdrawiającego działania tego sakramentu.

Owoce Eucharystii

Zawsze chcieliśmy mieć dużą rodzinę. W przypadku naszego drugiego dziecka – Ani – problemy zaczęły się już w drugim miesiącu ciąży. Trafiłam wówczas w nocy do szpitala z dużym krwawieniem.

Zdiagnozowano u mnie krwiaka podkosmówkowego, który zagrażał życiu maleństwa. Dawano Ani 50% szans na przeżycie. Lekarze stwierdzili wówczas, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to przez kilka tygodni trzeba będzie czekać, aż krwiak się wchłonie.

Modliliśmy się wtedy do św. Rity – patronki spraw trudnych i beznadziejnych. Zwróciliśmy się także z prośbą do znajomego księdza o odprawienie Mszy św. w intencji naszej córeczki. Kapłan ten nam odpowiedział, że niestety nie ma w najbliższym czasie żadnych wolnych intencji. Jednak tego samego dnia po południu zadzwonił do nas z informacją, iż już odprawił Eucharystię, i zapytał, czy dzieciątko jest zdrowe.

Okazało się, że gdy nasz znajomy ksiądz powiadomił nas, że nie ma wolnej intencji, zadzwonił telefon i zaproszono go do koncelebry podczas Mszy św. z biskupem. Msza ta została odprawiona o godz. 15, czyli w godzinie Bożego miłosierdzia. Następnego dnia o godz. 15 wszystko minęło!

Lekarka, która wykonała badania, stwierdziła, że gdyby nie to, że to ona przyjmowała nas do szpitala, powiedziałaby, że lekarz, który nas diagnozował, pomylił się.

Usłyszeliśmy: „Tu już nic nie ma, możecie wracać do domu”.

Byliśmy bardzo szczęśliwi. Dziękowaliśmy Bogu za okazane nam miłosierdzie.

Namawianie do aborcji

Niestety, to był dopiero początek naszych problemów… Otóż podczas kolejnych badań prenatalnych zdiagnozowano u naszej córeczki wadę serca (dziecko było jeszcze zbyt małe, aby móc dokładnie stwierdzić, jaka jest to wada) oraz bardzo duże prawdopodobieństwo zespołu Downa. Wówczas po raz pierwszy zasugerowano nam usunięcie ciąży.

Nie braliśmy takiej możliwości pod uwagę, o czym stanowczo poinformowaliśmy lekarkę. Jednak podczas kolejnych wizyt nadal byliśmy namawiani do tzw. terminacji. Stwierdziliśmy wówczas, że musimy zmienić lekarza prowadzącego.

Następne badania wykazały, że wada serca, którą ma nasza Ania, to HLHS (brak lewej komory serca). Lekarze wytłumaczyli nam, że lewa komora jest tą ważniejszą, ponieważ odpowiada za natlenienie krwi. Bez lewej połowy serca oddychanie dziecka po urodzeniu nic nie daje i umiera ono przez uduszenie się.

Później się okazało, że tej wadzie towarzyszą również inne nieprawidłowości. U Ani wystąpiło przewężenie aorty, wszystkie zastawki w sercu powoli przestawały działać, a prawa połowa serca stała się dwa i pół razy za duża i wystąpiło na niej dodatkowo wybrzuszenie.

„Jezu, bez Ciebie sobie nie poradzimy!”

Znajomi księża mówili nam, abyśmy wszystko to zawierzyli Bogu. Staraliśmy się to zrobić, ale było to bardzo trudne…

Z jednej strony modliliśmy się słowami: „Panie Boże, oddajemy Ci swoją córeczkę i godzimy się z Twoją wolą”, ale tak w głębi serca nie mieliśmy w sobie tej zgody. Pomimo wypowiadanych słów nie potrafiliśmy się pogodzić z myślą, że nasze dziecko odejdzie…

Gdy zdaliśmy sobie z tego sprawę, zaczęliśmy prosić o łaskę pełnego pogodzenia się z wolą Bożą. Po pewnym czasie nastąpił taki moment, w którym udało nam się całkowicie zawierzyć nasze dziecko Panu Bogu.

Czas oczekiwania na narodziny Ani obejmował okres Wielkiego Postu. Szczególnie głęboko przeżywaliśmy wówczas drogę krzyżową. Jezus, który został niesprawiedliwe osądzony na podstawie zeznań fałszywych świadków, niosąc krzyż naszych grzechów, nie poddał się. Nie było miejsca na Jego ciele, które nie byłoby pokryte raną, a jednak po każdym upadku powstawał. Żaden człowiek w historii świata nie cierpiał tak jak Chrystus.

Ale On nigdy nie powiedział: „Nie dam rady, nie idę już dalej”.

Prosiliśmy wtedy na modlitwie: „Jezu, bez Ciebie sobie nie poradzimy. Daj nam, proszę, taką siłę, którą miałeś wtedy, gdy niosłeś swój krzyż, abyśmy mogli dalej walczyć o życie i zdrowie swojego dziecka”.

Czytaliśmy też Dzienniczek św. siostry Faustyny. Lektura książki napełniła nasze serca raz jeszcze nadzieją i wiarą w Boże miłosierdzie.

Modlitewny szturm

Modliliśmy się także Nowenną pompejańską. Tuż po zakończeniu nowenny wyznaczona była kolejna wizyta kontrolna. Mieliśmy dużą nadzieję, że w końcu ktoś nam powie, że z serduszkiem Ani jest już lepiej, a dla nas to będzie znak, że Nowenna pompejańska pomogła. Ale lekarze powtarzali tylko, że jest coraz gorzej, że wada się powiększa…

Modliliśmy się za córkę gorąco, ale nauczyliśmy się także prosić innych o modlitwę za nasze dziecko. Modliła się cała nasza rodzina, znajomi i przyjaciele. Jak się później okazało, za Anię modliło się bardzo wiele osób z Domowego Kościoła.

Wcześniej z nikim nie rozmawialiśmy o wierze, ale podczas choroby naszego dziecka to się zmieniło i nie mieliśmy problemu z proszeniem ludzi o modlitwę.

Operacja

Lekarze powiedzieli nam, że jeszcze kilkanaście lat temu dzieci z tą wadą umierały po urodzeniu, jednak w USA opracowano metodę operacji, która co prawda nie przywraca zdrowia, ale może uratować życie. Pomimo tego po operacji dziecko ma tylko jedną komorę serca i już zawsze w jakimś stopniu będzie niedotlenione.

Końcowe tygodnie ciąży spędziłam w szpitalu. W pewnym momencie ostatnia zastawka w sercu Ani przestała działać. Pani doktor, przygotowując nas na to, co się wydarzy, powiedziała, że niedawno mieli w szpitalu dziecko z podobną wadą. Maleństwo zmarło kilka dni po porodzie, bo nic się nie dało zrobić… Po tej informacji poszłam do kaplicy pomodlić się.

Powiedziałam: „Jezu, zrób z nią, co zechcesz. Niech się wypełni Twoja wola, oddaję Ci Anię całkowicie”.

Czytaliśmy wcześniej, że prof. Edward Malec uczył się metody operowania tej wady bezpośrednio od jej twórcy w USA, a teraz pracuje w Niemczech. Jednak nie mogliśmy znaleźć do niego kontaktu, a poza tym bardzo baliśmy się wyjazdu naszego dziecka za granicę w tak ciężkim stanie.

Modlitwa w kaplicy przyniosła niesamowity efekt. Następnego dnia rano udało mi się znaleźć bezpośredni kontakt do prof. Malca. Mąż wysłał do niego wyniki badań. Profesor oddzwonił i potwierdził diagnozę, iż jest to bardzo ciężki przypadek HLHS. Stwierdził jednak, że podjąłby się operacji.

Problem polegał na tym, że w każdej chwili mógł zacząć się poród, a maleństwo musiało znaleźć się w klinice w Münsterze w poniedziałek. Dowiedzieliśmy się także, że mamy dwa dni na zebranie 300 tysięcy złotych – taki był koszt operacji w Niemczech.

W weekend nie można było nic sprzedać, wziąć kredytu, a na jakąkolwiek zbiórkę nie było absolutnie czasu… Rodzina pożyczała pieniądze, od kogo tylko mogła, i z Bożą pomocą udało się zebrać potrzebną kwotę.

W poniedziałek z nadzieją wyjechaliśmy do Niemiec. Tam po przyjeździe zrobiono badania naszemu dziecku. Lekarze potwierdzili diagnozę z Polski. Stwierdzili jednak, że stan dziecka bardzo się pogorszył.

Te wszystkie wady spowodowały, że małe serduszko Ani nie dawało już rady przetaczać nawet krwi matki i doszło do niedotlenienia mózgu… A zatem nasze dziecko miało być również niepełnosprawne intelektualnie, tylko jeszcze nie wiadomo było, jak bardzo.

Zdecydowano, że nie można dłużej czekać i należy wywołać poród, aby jak najszybciej pomóc naszej córce. Leki na wywołanie porodu spowodowały, że serduszko małej Ani przestawało pracować. Zapadła wówczas decyzja o cesarskim cięciu.

Wszystko działo się błyskawicznie, a nam bardzo zależało na jak najszybszym ochrzczeniu Ani. Zapytaliśmy lekarzy, czy ojciec będzie mógł ochrzcić maleńką zaraz po urodzeniu. Powiedzieli, że nie, ponieważ nasza córka musi być podpięta pod specjalistyczny sprzęt i dostać leki, aby dożyć operacji.

Zapytaliśmy wówczas lekarzy, czy oni mogą ochrzcić nam maleństwo. Usłyszeliśmy, że nie są wierzący, ale jeśli powiemy im, jak to zrobić, to oczywiście ochrzczą. Przywieźliśmy więc ze sobą z Polski wodę święconą, a na kartce napisaliśmy formułę chrzcielną w języku niemieckim i daliśmy to lekarzom. Obiecali, że zaraz po urodzeniu ochrzczą nasze maleństwo.

High-class

Ania urodziła się 20 maja 2015 r. Lekarze powiedzieli, że mniej więcej po godzinie będziemy mogli ją zobaczyć. Minęła pierwsza godzina, druga, trzecia… W końcu nas wezwano. Gdy weszliśmy do sali, w której przebywała nasza córeczka, było tam wielu lekarzy i dużo pielęgniarek. Wszyscy uśmiechnięci.

Podszedł do nas prof. Malec i powiedział: „Proszę państwa, dzisiaj wszystko wygląda zupełnie inaczej niż wczoraj. Najprawdopodobniej wyjedziecie stąd bez żadnej operacji”.

Zapytaliśmy, jak to jest możliwe. Lekarze odpowiedzieli, że nie mają pojęcia, i pokazali nam USG serduszka Ani. Przewężenie aorty zniknęło, prawa komora zmalała do właściwych rozmiarów, wybrzuszenie zniknęło, wszystkie zastawki działały książkowo i co najważniejsze, lewa komora, której nie było – pojawiła się!

Pytamy o zespół Downa i niedotlenienie mózgu – „nie ma żadnych wad genetycznych i nie ma śladu po niedotlenieniu mózgu”.

Zostaliśmy w klinice znacznie dłużej niż dzieci operowane, ponieważ lekarze chcieli być pewni, że naprawdę, bez żadnej operacji, mogą nas wysłać do domu. Gdy odjeżdżaliśmy, prof. Malec powiedział do nas: „Tylko Bogu dziękujcie”.

Po powrocie do Polski przez kilka miesięcy Ania była pod ciągłą opieką kardiologiczną. Pani kardiolog, która prowadziła ciążę, nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Sam fakt, że nasza córeczka żyje, już był trudny do wyjaśnienia, ale to, że jest całkowicie zdrowa i nie przeszła żadnej operacji, było niewytłumaczalne.

Pani doktor stwierdziła, że to nie jest to samo serce, które jeszcze niedawno badała… Jeden z lekarzy pytał nas w pierwszej kolejności o to, jakie modlitwy wznosiliśmy do nieba, a nie o to, jak w Niemczech leczyli nasze maleństwo.

Po kilku miesiącach wykonano Ani badanie metodą Holtera (całodobowe badanie EKG). Dowiedzieliśmy się wówczas, że nie jest to EKG niemowlaka, tylko EKG sportowca!

Lekarka zastanawiała się, jak to możliwe, że dziecko, które tylko leży, ma EKG jak sportowiec. „Najwyraźniej jak już Pan Bóg coś naprawia, to robi to tak, aby to było high-class”.

Dzisiaj Ania ma trzy latka i jest niezwykle energicznym i radosnym dzieckiem. Niczego w życiu nie jesteśmy tak pewni jak tego, że Bóg istnieje i słyszy każdą naszą modlitwę.

Inaczej teraz patrzymy na świat – nawet w drobnych rzeczach staramy się odczytywać głęboki Boży zamysł. Doświadczyliśmy, jak wspaniałe i nieograniczone jest Boże miłosierdzie. Mamy pewność, że cuda, o których czytamy w Biblii, zdarzają się również w XXI wieku.

Agnieszka i Andrzej Janczurowie

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

7312-In_Sinu-MNICH-awers_550x7811079-Prawda_was_wyzwoli_CD_awHeres_CD_aw