Tylko cud mógł odmienić moje życie

Kiedy sześć lat temu dostałem egzemplarz „Miłujcie się!” do przeczytania, byłem w dramatycznej sytuacji, a moje życie nie miało sensu. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będzie inaczej…

Jestem alkoholikiem. Przyznać się do tego, by móc zacząć trzeźwieć, nie było mi łatwo. Zanim się to wydarzyło, wiele wycierpiałem i wiele osób skrzywdziłem.

Od zawsze wiedziałem, że z alkoholu nie ma nic dobrego, bo mój tata też pije. Byłem świadkiem jego zachowania po alkoholu i widziałem, jak mama bardzo to przeżywa. Byłem pewny, że sam nigdy po butelkę nie sięgnę.

W domu działo się też dużo dobrych rzeczy – każdego dnia rodzice, moje dwie siostry i ja się modliliśmy. Rodzice dbali o to, by przekazać nam wiarę – tata czytał nam Biblię i bajki, a mama dbała, żebym chodził na różaniec i drogę krzyżową.

Kiedy dorastałem, czasem jednak wygrywało moje lenistwo. Dzięki mamie nie mieliśmy „wakacji od Kościoła”, na wyjazdach wakacyjnych byliśmy na Mszy św.

Czasami przed kolegami było mi wstyd się przyznać, że byłem w kościele. Kiedyś, wychodząc z różańca, spotkałem kolegów i zacząłem im tłumaczyć, że to mama kazała mi pójść na nabożeństwo.

Pić zacząłem w wieku 15 lat. Na początku próbowałem wina – dla towarzystwa i z ciekawości. Najpierw robiłem to z wielką ostrożnością – kilka łyków i to wszystko. Później wypiłem więcej, nie znałem jeszcze poziomu tolerancji swojego organizmu na alkohol. Urwał mi się film.

Podobno wypadłem z tramwaju w centrum Katowic i miałem na twarzy otarcia i skaleczenia po upadku na asfalt. Ktoś przeniósł mnie między samochodami, żebym mógł uniknąć zawiezienia przez policję na izbę wytrzeźwień.

Niestety, nie wyciągnąłem wniosków z tej lekcji i po dwóch tygodniach napiłem się znowu, mimo że obiecałem sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobię… Moje uzależnienie się rozwijało, a picie sprawiało mi przyjemność.

Przed swoimi 18. urodzinami zostałem zatrzymany za pobicie. Jestem spokojnym człowiekiem, jednak po alkoholu zdarzały mi się napady agresji. Moja rodzina przeżyła wtedy szok, a ja czułem się jak bohater, bo nikogo nie wydałem, i piłem dalej.

Dzień przed urodzinami, żeby mieć pieniądze na zorganizowanie imprezy, zastawiłem u kolegi rower. Piliśmy z kolegami w parku i gdy wracałem do domu, jeden z nich się powiesił. Nie miało to wtedy dla mnie znaczenia, przepiłem pieniądze na urodziny.

Na pogrzeb swego kolegi poszedłem pijany, bo chyba nie dałbym rady inaczej… Byłem smutny i zagniewany, co potęgowało moją degenerację.

Na jednej z imprez chciałem udowodnić sobie, że potrafię pić w sposób kontrolowany, że nie jest ze mną jeszcze tak źle, jak mogłoby się wydawać. Kupiłem 0,7 l wódki na drinki. Nie chciałem się upić, ale stało się inaczej…

Zacząłem od piwa, by się rozluźnić; wypiłem je duszkiem. Poczułem wówczas niepohamowaną potrzebę picia dalej i zabrałem się do wódki. Po kilku kieliszkach bardzo pewnie się poczułem i ani się obejrzałem, kiedy byłem schlany jak świnia.

Uderzyłem koleżankę, bo myślałem, że schowała mi wódkę, a tak naprawdę to sam wypiłem całą „siódemkę”. Byłem tak pijany, że moi koledzy chcieli zadzwonić po pogotowie…

Po kolejnej wpadce dałem się mamie namówić na wizytę w ośrodku leczenia uzależnień. Widziała, że od dłuższego czasu jest ze mną coraz gorzej, i zaczęła szukać informacji o tym, jak mogłaby mi pomóc. W ośrodku dano mi do rozwiązania test, z którego wynikło, że jestem alkoholikiem. Byłem tam raz.

Później chodziłem do różnych psychologów, którzy mi nie pomogli. Mama prosiła mnie, żebym poszedł na spotkanie Anonimowych Alkoholików. Stwierdziłem jednak, że to nie miejsce dla mnie.

Krótko później, po kolejnej imprezie, o mały włos nie trafiłem do aresztu. Z kolegą na przystanku autobusowym skopaliśmy człowieka. Pamiętam jedynie urywki tamtego zdarzenia… Na izbie wytrzeźwień, gdy się dowiedziałem, co zrobiłem, w końcu dotarło do mnie, że mając 19 lat, mogę trafić do więzienia. Czułem, że życie wymyka mi się z rąk… Tym razem dostałem dozór policyjny i zostałem zwolniony.

Wracając, spotkałem tatę i usłyszałem od niego, że nie wie, czy moja matka jeszcze żyje, bo tak bardzo przejmowała się tym, co się ze mną dzieje, a była po wylewie… Te wydarzenia pokazują, jak bardzo brakowało mi pokory, że nie uczyłem się na błędach; byłem wtedy całkowicie zniewolony i tylko cud mógł odmienić moje życie.

W andrzejki po pijaku złamałem nogę. Z założonym gipsem, o kulach poszedłem do baru. Dostałem trzymiesięczne zwolnienie, podczas którego piłem dużo i często. Pewnego poranka dowiedziałem się od mamy, że w nocy koledzy przynieśli mnie pijanego do domu i że mówiłem, że zabiję tatę. Tylko moja złamana noga mnie powstrzymała od tego czynu…

Wreszcie zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło moje życie. Podczas bezsennej nocy, przygnębiony i z wyrzutami sumienia, leżąc ze złamaną nogą, z biegunką, ze skurczami mięśni, nie widziałem już dla siebie ratunku.

Tego dnia moja siostra dała mi „Miłujcie się!” do poczytania. Rozbawiło mnie to, ale i tak nie spałem, więc zacząłem je przeglądać. Znalazłem tam świadectwa ludzi, którzy spotkali Boga. Pomyślałem, że mają fajne życie.

Otworzyłem na stronie z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego i podpisem „Jezu, ufam Tobie!”. Zacząłem czytać artykuł pt. Rozmowa Boga z duszą grzeszną. Pierwsze zdanie:

„Nie lękaj się, duszo grzeszna, swego Zbawiciela, pierwszy zbliżam się do ciebie, bo wiem, że sama z siebie nie jesteś zdolna wznieść się do Mnie”,

spowodowało we mnie coś niesamowitego, czego nie jestem w stanie wyjaśnić. Czytałem dalej:

„Nie uciekaj, dziecię, od Ojca swego, chciej wejść w rozmowę sam na sam ze swym Bogiem miłosierdzia, który sam chce ci powiedzieć słowa przebaczenia i obsypać cię swymi łaskami. O, jak droga jest mi dusza twoja. Zapisałem cię na rękach swoich. I wyryłaś się głęboką raną w sercu moim”.

Było to skierowane bezpośrednio do mnie, tak jakby cała ta rozmowa odbywała się tu i teraz. Słowa, które wtedy czytałem, dotykały mnie głęboko. Poczułem niesamowity pokój i błogość. Coś we mnie pękło i zacząłem płakać. Płakałem i nie mogłem przestać. Słowa, które wypowiadała dusza, były moimi słowami:

„Panie, słyszę głos Twój, który mnie wzywa, abym wróciła ze złej drogi, ale nie mam odwagi ani siły”.

Na co Jezus odpowiedział:

„Jam jest siłą twoją, Ja ci dam moc do walki”.

Byłem wtedy bezsilny, nie potrafiłem żyć, a tu wszechmogący Jezus powiedział mi, że to On jest źródłem mojej siły i mocy… I dalej dusza mówi:

„Panie, poznaję świętość Twoją i lękam się Ciebie”.

Na te słowa Jezus odpowiedział:

„Czemuż się lękasz, dziecię moje, Boga miłosierdzia? Świętość moja nie przeszkadza Mi, abym ci był miłosierny. Patrz, duszo, dla ciebie założyłem tron miłosierdzia na ziemi, a tym tronem jest tabernakulum i z tego tronu miłosierdzia pragnę zstępować do serca twego. Patrz, nie otoczyłem się ani świtą, ani strażą, masz przystęp do Mnie w każdej chwili, o każdej dnia porze chcę z tobą mówić i pragnę ci udzielać łask”.

Na te słowa odpowiedziałem, czytając:

„Panie, lękam się, czy mi przebaczysz tak wielką liczbę grzechów, trwogą mnie napełnia moja nędza”.

A Jezus odpowiedział mi:

„Większe jest miłosierdzie moje aniżeli nędze twoje i świata całego. Kto zmierzył dobroć moją? Dla ciebie zstąpiłem z nieba na ziemię, dla ciebie pozwoliłem przybić się do krzyża, dla ciebie pozwoliłem otworzyć włócznią serce swoje i otworzyłem ci źródło miłosierdzia”.

Nie miałem żadnych wątpliwości, że mówił do mnie mój Pan – pełen miłości i miłosierdzia. Czułem to całym sobą, od stóp do głowy.

Bóg pochylał się nad moją nędzą, aby wydobyć mnie z ciemności. Było to takie doświadczenie, jakby ktoś nagle zapalił we mnie światło. Bez wahania przyznaję, że to był najważniejszy moment mojego życia.

Po tym stanie euforii i błogości dotarło do mnie, że moja dusza potrzebuje oczyszczenia. Zapragnąłem jak najszybciej przystąpić do sakramentu pojednania.

Od tej chwili już nic nie było takie samo. Dostałem nadzieję, uwierzyłem, że jeszcze nie wszystko stracone, że moje życie ma jakiś cel i wcale nie musi być takie jak do tej pory. Miałem wsparcie, jakiego sobie nawet nie wyobrażałem – Boga Wszechmogącego. Chodziłem do spowiedzi z kartkami, na których zapisywałem grzechy, aby Bóg mógł oczyścić moje serce.

Później się dowiedziałem, że słowa, które przeczytałem, pochodzą z Dzienniczka św. Faustyny, którą Bóg wybrał, aby objawić światu swoje miłosierdzie. To, co wtedy się ze mną stało, było spowodowane słowami samego Jezusa.

Po tym spotkaniu z miłosiernym Bogiem moje życie się zmieniło. Pan otworzył moje oczy i obudził moje sumienie, dlatego regularna spowiedź, modlitwa i przyjmowanie Ciała Jezusa w Komunii św. jest dla mnie podstawą.

Co do mojego nałogu alkoholowego, to jeszcze jakiś czas się z nim zmagałem, aż do momentu, kiedy spotkałem ludzi, którzy mi skutecznie pomogli z niego wyjść. To był czas intensywnej pracy nad sobą, odbudowywania poczucia wartości i uporządkowywania relacji z innymi ludźmi.

Po kilku latach wziąłem ślub. Wytrwaliśmy z narzeczoną w czystości przedmałżeńskiej. Jeszcze przed ślubem weszliśmy do wspólnoty neokatechumenalnej. Rok po ślubie przyszła na świat nasza córka.

Widzimy namacalnie działanie w naszym życiu Boga, który ukazuje nam naszą grzeszność i swoją wielką miłość do nas.

Chwała Panu!

Bartosz