Uwierzyłam, że Jezus jest w Eucharystii

W wieku 16 lat przeszłam ogromny kryzys: moi rodzice się rozwiedli. To wydarzenie stało się dla mnie punktem zwrotnym. […] Zrozumiałam wówczas, że moje życie ma sens tylko z Chrystusem.

Urodziłam się w 1977 r. w sowieckim wówczas mieście Lwów na Ukrainie. Wszystko zaczęło się całkiem normalnie, tak jak w przypadku każdego prawie dziecka urodzonego w ZSRR: przedszkole, szkoła, obozy pionierskie, kluby sportowe… W moim życiu było jednak też coś niezwykłego – a raczej był w nim ktoś niezwykły: moja babcia Lidia, na pamiątkę której rodzice dali mi imię.

Babcia

Moje pierwsze wspomnienia związane z nią dotyczą wielkiej, czarnej książki, która zawsze leżała na stole w salonie.

Miałam pięć lat, kiedy zapytałam: „Babciu, moja mama przeczytała tak wiele książek, a Ty tak długo czytasz jedną książkę. Co to za książka?”.

Wówczas babcia pierwszy raz opowiedziała mi o Biblii. Nie pamiętam, co dokładnie mi zrelacjonowała, ale po tej rozmowie w moim sercu pozostał ślad czegoś wyjątkowego i ekscytującego.

Moi rodzice byli ateistami. Jedynym wierzącym członkiem naszej rodziny była babcia. Ona była protestantką, baptystką. Nie odwiedzałam jej często, ale jak już u niej byłam, to wszystkie moje wizyty były przeplatane wspólną modlitwą, pieśniami chrześcijańskimi i oczywiście czytaniem Pisma św.

Kiedy miałam dziewięć lat, babcia podarowała mi pierwszą Biblię dla dzieci. Pochłonęłam ją od razu, ale wydawała mi się dziecinna, ponieważ w tym wieku byłam już przyzwyczajona do czytania Biblii „dla dorosłych”.

Wewnętrznie wierzyłam wówczas w Boga. Rozumiałam, że wiara to coś poważnego, ale nie za bardzo lubiłam chodzić z babcią do kościoła. Zwyczajnie nudziłam się wtedy w świątyni.

Pamiętam, że jednego lata miałyśmy bardzo trudną i bolesną rozmowę. Babcia uporczywie zapraszała mnie na nabożeństwo, a ja stawiałam opór. W pewnym momencie na odczepne krzyknęłam: „Boga nie ma!”. Pamiętam, jak moja babcia płakała… Po tym incydencie już więcej nie zapraszała mnie do kościoła, ale wiem, że modliła się o moje nawrócenie.

Mijały lata. Dorastałam. Od czasu do czasu modliłam się, oglądałam programy chrześcijańskie w telewizji, a nawet chodziłam w czasie świąt z babcią do kościoła. Moja mama była zdecydowanie przeciwna temu, bym uczęszczała do baptystów. Uważała, że protestanci to sekciarze.

Chrzest

W wieku 16 lat przeszłam ogromny kryzys: moi rodzice się rozwiedli. To wydarzenie stało się dla mnie punktem zwrotnym. Nie chciałam żyć tak jak moi rodzice. Zrozumiałam wówczas, że moje życie ma sens tylko z Chrystusem.

Na spotkaniu ewangelizacyjnym przyjęłam Go jako swojego Pana i Zbawiciela. Wylałam wiele łez pokuty. Wiedziałam wtedy, że zawierzam swoje życie Temu, który oddał za mnie życie, który cierpiał za moje zbawienie. Tak rozpoczęła się moja podróż z Bogiem…

Odtąd wszystko stało się nagle bardzo jasne. Z jednej strony doświadczałam wiele przykrości ze strony mamy: ona bardzo martwiła się wtedy o swoją reputację – jej córka została przecież „sekciarą”! A z drugiej strony Pan dał mi wielu przyjaciół chrześcijan, młodzieżowe spotkania, grupki, modlitwę, Pismo św. i ogromne wsparcie. W wieku 18 lat zostałam ochrzczona.

Mijały lata. Wyszłam za mąż za Jurija, także baptystę. Urodziłam dwóch synów, Maksima i Witalija. Wraz z mężem braliśmy aktywny udział w życiu naszej społeczności. Studiowałam, a następnie przez 10 lat wykładałam w Międzynarodowym Instytucie Poradnictwa Duchowego „Coram Deo”. Jest to protestancka instytucja edukacyjna, która pomaga pastorom w pracy duszpasterskiej.

Ogólnie rzecz biorąc, miałam w tamtym czasie bardzo bogate życie religijne. Kochałam swój Kościół oraz swoich chrześcijańskich przyjaciół z bardzo wielu różnych społeczności i wyznań protestanckich.

„Ja jestem chlebem żywym…”

Przez długie lata jedna rzecz nie dawała mi spokoju: Eucharystia. Jeśli ktoś miał kontakt z protestantami, to wie, że oni wierzą, iż Komunia św. jest tylko symbolicznym wspomnieniem męki Chrystusa. To dla nich tylko symbol – nic więcej. Niemniej w Piśmie św. czytałam coś innego.

W Ewangelii według św. Jana jest bowiem wyraźnie napisane: „»Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata«. Sprzeczali się więc między sobą Żydzi, mówiąc: »Jak On może nam dać [swoje] ciało do spożycia?«. Rzekł do nich Jezus: »Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim«” (J 6,51-56).

Są też inne fragmenty w Nowym Testamencie, które mówią nie o symbolice, ale o realnej obecności Chrystusa w Eucharystii.

Wracając do szóstego rozdziału Ewangelii św. Jana: kiedy Jezus skończył mówić, wielu Jego uczniów było tak wzburzonych i zakłopotanych tym, co usłyszeli, że odeszli od Niego. On ich nie gonił, by powiedzieć: „Źle Mnie zrozumieliście. Tak naprawdę miałem na myśli symbole Ciała i Krwi”, ale zapytał apostołów: „Czyż i wy chcecie odejść?” (J 6,67).

W pewnym momencie moje rozumienie Eucharystii przerodziło się w głęboką wiarę. Żyłam nią wiele lat, prosząc Boga, by przywiódł mnie do tego Kościoła, w którym wierzą w Komunię św. tak jak ja.

Dzięki swojej służbie nauczania byłam w wielu zborach, jednak nigdzie nie spotkałam takiego rozumienia Komunii św. jak moje. Było mi z tym wówczas naprawdę źle.

Nie wiem, dlaczego nie zaszłam wtedy do kościoła katolickiego. Prawdopodobnie dlatego, że w tamtym czasie wewnętrznie nawet nie uważałam tej instytucji za dopuszczalny „wariant” swojej wspólnoty. Wychowałam się przecież w środowisku protestanckim, w którym zazwyczaj niezbyt pochlebnie mówiło się o katolikach.

W stronę Eucharystii

Pod koniec 2011 r. Bóg dał mi poznać pewnego pastora z Izraela, który dołączył do naszego instytutu. Po roku człowiek ten powiedział mi, że przyjaźni się z katolikami i jeździ na letnie sesje Szkoły Chrześcijańskiego Życia i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła (w skrócie: Szkoła Maryi) w Polsce.

Z entuzjazmem opowiadał mi, że katolicy podobnie jak my kochają Pana Jezusa i czczą Go pieśniami uwielbienia. Nie powiem, że słuchałam go wtedy z zainteresowaniem, niemniej cieszyłam się jego zachwytem.

Z biegiem czasu otworzyliśmy campus naszego instytutu w Izraelu. Przylatywałam tam trzy – cztery razy w roku i często rozmawiałam z pastorem. Od niego dowiedziałam się, że i we Lwowie istnieją charyzmatyczne wspólnoty katolickie oraz filia Szkoły Maryi. Ta informacja została „zdeponowana” w moim umyśle, ale wówczas nic nie zamierzałam z nią robić.

Był grudzień 2013 r. Zbliżało się – jak mówimy we Lwowie – „katolickie Boże Narodzenie”. Nie wiem, co mnie wówczas poruszyło, ale zasugerowałam grupie domowej naszej wspólnoty, żebyśmy poszli na nabożeństwo do katolickiej katedry. Większość zgodziła się ze mną pójść.

Kościół był przepełniony ludźmi. Było trudno stać, a nawet swobodnie oddychać. Wyciągałam szyję, by zobaczyć ołtarz i to, co się wokół niego działo. Liturgia była w językach polskim i ukraińskim, ale mi to nie przeszkadzało, ponieważ doskonale rozumiałam język polski. Byłam pochłonięta liturgią.

Pamiętam, że wygłoszone zostało wtedy kazanie pełne miłości i nadziei o nowo narodzonym Mesjaszu. Potem miała miejsce eucharystyczna część liturgii.

W momencie gdy biskup zaczął się modlić nad chlebem i winem, cały świat przestał dla mnie istnieć. W głowie dźwięczała mi wtedy tylko jedna fraza: oni wierzą w Eucharystię tak jak ja! To był dla mnie zachwyt i szok jednocześnie.

Kiedy po Mszy św. poszliśmy na kawę, nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Inni dyskutowali, cieszyli się kazaniem… a mi po głowie chodziło tylko jedno pytanie: co mam zrobić? Wyraźnie wówczas zrozumiałam, że od tej pory moje życie nie będzie już takie samo jak kiedyś.

W naszej grupce była wtedy jeszcze jedna dziewczyna, która zaczęła mówić o Eucharystii z wiarą w rzeczywistą obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Zrozumiałam wówczas, że nie jestem sama na nowej drodze przygotowanej mi przez Pana.

W kawiarni zaczęłam opowiadać o „dziwnych” katolickich wspólnotach oraz o tym, że bardzo chciałabym się dostać na spotkanie takiej grupy. I tak oto w chłodny styczniowy poniedziałek poszliśmy na spotkanie modlitewne wspólnoty Żywy Ogień, która zbiera się przy parafii św. Antoniego we Lwowie.

Przepowiadanie Bożego słowa, szczere uwielbienie i cześć oddawana Bogu… Nie było nam wówczas do końca komfortowo, bo nikogo nie znaliśmy, ale ja miałam wrażenie, że jestem w domu!

W kolejny poniedziałek nie było kwestii „iść czy nie iść na spotkanie wspólnoty”. Oczywiście, że trzeba iść! Wraz z moją przyjaciółką zaczęłyśmy poznawać katolicyzm. Od czasu do czasu przychodziłyśmy na niedzielną Mszę św. do kościoła św. Antoniego. W moim sercu było wiele radości, że jest Kościół tak wierzący w Komunię św., ale z drugiej strony było w nim też wiele bólu, że ja, protestantka, nie mogę przyjmować Eucharystii razem z tymi, którzy byli na liturgii.

Czułam się wtedy wewnętrznie rozrywana. Mówiłam: „Drogi Jezu, jak bardzo chciałabym przyjmować Cię w Eucharystii!”.

A jednocześnie toczyłam ze sobą walkę: „Nie, Boże. Ty nie możesz chcieć tak radykalnie zmienić mojego życia. Nie może tak być, żebyś chciał, bym została katoliczką. Mam rodzinę, służbę, przyjaciół… Naprawdę tego chcesz? Jakże ja Ciebie pragnę!”.

Katechumenat

Latem pojechaliśmy razem z pastorem do Polski na letnią sesję Szkoły Maryi. Tutaj poznaliśmy dyrektora szkoły, który stał się od razu naszym przyjacielem. Mieliśmy z nim wiele serdecznych rozmów o Eucharystii i o niuansach katolickiej wiary oraz o tym, jak mamy dalej żyć.

Bóg dał nam wówczas przeżyć głęboką jedność z katolikami. Oni modlili się za nas, a my za nich. Bóg pokazywał mi w ten sposób coraz bardziej piękno katolickiej wiary, bogactwo Kościoła, o którym zupełnie nie miałam pojęcia. Z przyjemnością czytałam o sakramentach, o życiu różnych świętych, a nawet zgłębiałam encykliki papieży. Chciałam uchwycić od razu cały ten ogrom!

Nie będę opisywać wszystkiego, co działo się ze mną przez ostatnie dwa lata. Powiem krótko: zrozumiałam w tym czasie, że lubię oba „departamenty” Kościoła – i katolików, i protestantów. Głęboko uświadomiłam sobie wtedy ból serca Chrystusa w Jego Kościele, który został rozerwany na tysiące części.

Często modliłam się we łzach i do dziś modlę się o jedność Kościoła – Ciała Chrystusa. Zrozumiałam, że Chrystus powróci nie do „haremu”, ale do swojej jednej niewiasty. Z każdym dniem coraz wyraźniej uświadamiałam sobie, że Bóg wzywa mnie do Kościoła katolickiego.

Przyszedł jednak czas buntu, podczas którego krzyczałam do Boga, że ​​niszczy moje życie. Myślałam, że jeśli zostanę katoliczką, to wtedy cały świat protestancki odwróci się ode mnie jak od heretyczki.

Przez długi czas bałam się też powiedzieć mężowi o swoich wyjazdach na spotkania wspólnoty Żywy Ogień, o Mszach św., o nocnym czytaniu Katechizmu Kościoła katolickiego, o sesjach Szkoły Maryi…

Wiedziałam, że Bóg wzywa mnie do czegoś większego niż przyjaźń z katolikami. Ponad pół roku cierpiałam na depresję, żyjąc w przekonaniu, że nie mogę zaakceptować woli Bożej. Po prostu bardzo się wtedy bałam. Wołałam do Boga, że jest moim wrogiem, a nie przyjacielem!

Bóg, widząc moją słabość, ponownie wyszedł mi na spotkanie. To było w Izraelu. Mój drogi przyjaciel, wiedząc o moich zmaganiach i stanie duszy, zaproponował mi modlitwę wstawienniczą. Zgodziłam się. W tamtym czasie sama nie byłam w stanie się modlić. Byłam zbyt rozbita… I stał się cud!

Jezus przemówił do mojego serca. Jego głosu nie można było pomylić z żadnym innym. Powiedział mi, że mnie kocha i że będzie mnie kochać bez względu na to, jakiego wyboru dokonam. Te słowa miłości stopiły moje serce.

Odpowiedziałam Mu: „Pójdę za Tobą, dokądkolwiek mnie wezwiesz! Dla mnie to chodzenie po wzburzonej wodzie. Proszę Cię, idź z przodu!”.

Po tej modlitwie moje serce napełniło się pokojem i radością. To było w kwietniu 2016 r. Bóg tak wyraźnie poszedł naprzód, że w trudnych chwilach rozmów i podejmowania decyzji nie miałam nawet czasu się bać. Moi przyjaciele, protestanci i katolicy, wspierali mnie na tej drodze. Mąż także odniósł się do tego ze zrozumieniem, choć wiem, że dużo go to kosztowało…

Wielki dzień

We wrześniu 2016 r. oficjalnie rozpoczęłam katechumenat, a sześć miesięcy później, 26 marca 2017 r., nadszedł dla mnie uroczysty dzień wyznania mojej wiary i przynależności do Kościoła katolickiego obrządku łacińskiego na Mszy św. w kościele św. Antoniego we Lwowie.

Na Mszy św. był mój mąż, nasze dzieci oraz wielu naszych przyjaciół. Byłam bardzo wdzięczna Bogu za ich obecność. Tamtego wieczoru miała miejsce moja pierwsza w życiu spowiedź. Doświadczyłam podczas niej niesamowitej miłości i przebaczenia, które dał mi Chrystus przez ręce i usta kapłana.

Następnego dnia w czasie Mszy św., na której zebrała się wspólnota Żywy Ogień, wraz z przyjaciółką przystąpiłyśmy do Pierwszej Komunii Świętej.

Nie jestem w stanie opisać emocji, które były wówczas w moim sercu. Przez tyle lat pragnęłam połączyć się ze swoim Mesjaszem w Eucharystii. I oto w końcu mogłam podnieść się z ławki i podejść do Chrystusa obecnego w tym małym opłatku i winie, zgiąć przed Nim kolana, powiedzieć „amen” na słowa kapłana: „Ciało Chrystusa” i przyjąć Go swoimi ustami!

On w pełni odpowiedział na moje oczekiwanie. Wróciłam do swojej ławki, uklęknęłam i – świat wokół mnie przestał istnieć. W tamtej chwili nie tyle wierzyłam, co przeżywałam rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii. Duch Święty mnie wówczas przepełniał, łzy szczęścia płynęły mi po policzkach, a moje usta tylko powtarzały: „dziękuję, dziękuję, dziękuję…”. Chciałam wtedy, aby to moje zjednoczenie z Chrystusem nigdy się nie skończyło! Chciałam, by liturgia trwała i trwała…

Od tamtej pory minęły już lata. Przez cały ten czas ani razu nie pożałowałam tego, że poszłam za Chrystusem tam, dokąd On mnie wezwał. On dał i daje mi nadal wiele darów. Wciąż przeżywam ten „dreszczyk emocji”, kiedy przystępuję do Komunii św. i proszę Pana, aby liturgia nigdy nie stała się dla mnie rutyną.

Teraz wiem też, co oznacza życie w międzywyznaniowej rodzinie. Co oznacza być katoliczką pośród protestanckich przyjaciół, których wciąż mam sporo. A co najważniejsze, Bóg otwiera mi nowe horyzonty do służenia Mu.

Rozumiem, że jednym z moich powołań jest teraz być mostem pomiędzy katolikami i protestantami, a z drugiej strony między Kościołem a mesjanistycznymi Żydami, wśród których mam także wielu przyjaciół.

Co za radość, gdy moi bracia i siostry z różnych wyznań otwierają się przed sobą, gotowi wyjść ze swoich stref komfortu, aby się spotkać i wspólnie się modlić.

Życie w posłuszeństwie Bogu jest wielką przygodą. Nigdy nie wiem, co mnie czeka „za zakrętem”, ale jednocześnie jestem pewna, że Bóg będzie w tym wszystkim obecny. Jemu chwała na wieki!

Lidia

(tłum. i oprac. Bartłomiej Grysa)

O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!

alicja-lenczewska-biografia_550x781droga-krzyzowa_550x781803-w_ramionach_Boga_550x781