Uzdrawiająca moc

Kapłan powiedział mi, abym jak najczęściej się spowiadała, żebym szukała ratunku w sakramencie pokuty. […] Każda spowiedź była dla mnie walką wewnętrzną, ale Bóg dodawał mi sił.

Temat ludzkiej seksualności jest dziś szczególnie obecny w mediach. Dużo mówi się i pisze o potrzebach seksualnych i konieczności ich zaspokajania. Różnego rodzaju „specjaliści” tłumaczą młodym, że doskonałą formą rozładowania napięcia seksualnego jest masturbacja, jako coś naturalnego i całkowicie pozytywnego.

Jest to oczywiście kłamstwem, o czym miałam okazję sama się przekonać. Dla mnie masturbacja była koszmarnym uzależnieniem, nałogiem, z którego nie potrafiłam w żaden sposób wyjść i z powodu którego bardzo cierpiałam.

Dopiero Chrystus mnie z tego uwolnił. I tym naprawdę niezwykłym doświadczeniem mocy Boga, który jest, który leczy, który nie zostawia człowieka nigdy samego, chciałabym się podzielić.

Wszystko się zaczęło, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Nie wiem, ile miałam lat, ale chyba niewiele, bo mam tylko takie wspomnienie, że jedno z moich zachowań wywołało wielki gniew i krzyk mojej mamy.

Bardzo się tego krzyku bałam, więc szybko się zorientowałam, że aby go uniknąć, należy „robić to” ukradkiem, jak nikt nie widzi. Oczywiście nie miałam pojęcia, czym jest to, co robię. Ale z pewnością było to silniejsze ode mnie.

Gdy byłam już nastoletnią dziewczyną, zaczęło do mnie docierać, że to jest złe (znalazłam jakąś broszurę na ten temat) – może trochę późno, ale wtedy dostęp do informacji tego typu był bardzo ograniczony. Towarzyszył mi też ogromny wstyd. Nie potrafiłam z nikim się tym podzielić.

Im byłam starsza, tym mój problem stawał się coraz większy. Nie miałam już wątpliwości, że jest to grzech i że on całkowicie mną zawładnął…

Doszło do tego, że czułam potrzebę masturbacji w najmniej odpowiednich momentach. To pamiętam dokładnie, ponieważ byłam tym faktem zrozpaczona. Nie chciałam tego, ale nie potrafiłam się temu oprzeć…

Była to ogromnie silna „potrzeba”. Jednocześnie nie doznawałam żadnego zaspokojenia, rozładowania, o którym tak rozpisują się współcześni seksuologowie. Wręcz przeciwnie, powodowało to we mnie tylko wzrost napięcia i jeszcze większą potrzebę rozładowania.

To była karuzela, która pędziła coraz szybciej… Byłam w potrzasku, cierpiałam. Nie chciałam tego robić, miałam coraz większe obrzydzenie do siebie, ale nie mogłam przestać…

W końcu przyszedł czas studiów. Wstąpiłam do duszpasterstwa akademickiego, chodziłam na pielgrzymki na Jasną Górę, brałam udział w różnego rodzaju rekolekcjach. Kochałam Pana Boga i chciałam być jak najbliżej Niego.

Wśród nauk skierowanych do studentów wiele było poświęconych sprawom czystości. Zaczęły mi się wtedy otwierać oczy; zrozumiałam, że jest to bardzo realne zło i że trzeba podjąć z nim walkę. Całym sercem tego pragnęłam, ale ciągle upadałam…

Pamiętam dobrze jeden moment, który był dla mnie największym koszmarem, ale jednocześnie punktem przełomowym. Pewnej nocy odczułam tak silną pokusę, że nie mogłam przestać się masturbować.

Po każdym „rozładowaniu” przychodziła jeszcze większa potrzeba dalszego rozładowywania napięcia. Nie pamiętam, ile to trwało, ale dla mnie były to wieki. Czułam, że nie mam nad sobą żadnej kontroli…

Płakałam i wołałam w myślach do Boga, żeby mi pomógł. Rano obudziłam się przerażona: dotarło w końcu do mnie, że żyję w wielkim grzechu, który mnie całkowicie zniewolił. To był moment przełomowy.

Wielki atak szatana sprawił, że się przeraziłam, że tak będzie wyglądało już zawsze moje życie. Pobiegłam do spowiedzi do zaprzyjaźnionego kapłana (wcześniej wstydziłam się spowiadać twarzą w twarz, zawsze spowiadałam się w konfesjonale i koniecznie u księdza, który mnie nie znał).

Było to chyba tuż przed Wielką Nocą. Pamiętam, że kapłan powiedział mi wówczas, abym jak najczęściej się spowiadała, żebym szukała ratunku w sakramencie pokuty.

Nie było to łatwe, ponieważ unikałam dotychczas regularnej spowiedzi z powodu ogromnego wstydu, który czułam. Przed każdą spowiedzią przeżywałam wielką wewnętrzną walkę. Przystępowałam więc do tego sakramentu raz na trzy lub nawet cztery miesiące.

Nie chciałam przeżywać wstydu. Jak ja to powiem? Co ksiądz o mnie pomyśli? Po spowiedzi odczuwałam wielką ulgę, ale dość szybko wszystko wracało do poprzedniego stanu.

Gdy dzisiaj wspominam tamte spowiedzi, widzę, że nie były one uczciwe, a szatan trzymał mnie w garści, potęgując moje wyrzuty sumienia i okropny wstyd. Mniej lub bardziej świadomie próbowałam więc ten grzech jakoś „ukryć”, wciskając go między inne grzechy i mówiąc o nich więcej niż o tym, który właśnie najbardziej oddalał mnie od Chrystusa.

Dopiero spowiedź u zaprzyjaźnionego kapłana była inna. Wtedy wyznałam całą swoją nędzę szczerze, z głębi serca, błagając Chrystusa o pomoc. Od tej spowiedzi zaczęłam spowiadać się regularnie. Każda spowiedź była dla mnie walką wewnętrzną, ale Bóg dodawał mi sił.

W pewnym momencie zaobserwowałam przedziwną prawidłowość. Było to tak bardzo zaskakujące, że chociaż minęło od tego czasu już ponad 20 lat, nadal to doskonale pamiętam!

Spowiadałam się regularnie raz w miesiącu. Jeśli tylko odczułam pokusę masturbacji, prosiłam Jezusa o to, żeby nie popaść w grzech, i jeszcze tego samego dnia lub najpóźniej następnego biegłam do spowiedzi i przystępowałam do Komunii Świętej. Wówczas pokusa mijała i kolejny miesiąc żyłam w czystości. Ewidentnie Bóg mnie wspierał swoją łaską!

Z czasem pokusa pojawiała się zawsze po upływie około miesiąca od spowiedzi, a następnie po spowiedzi znikała na kolejny miesiąc. Udawało mi się więc żyć w całkowitej czystości. Jeśli jednak zaniedbałam spowiedź po pojawieniu się pokusy, poczułam się zbyt silna lub z lenistwa odkładałam spowiedź na „za kilka dni”, zawsze (!) wtedy popadałam w grzech. To było dla mnie niezwykłe odkrycie.

Z czasem, dzięki regularnemu przystępowaniu do spowiedzi i modlitwie, moje pokusy stały się coraz słabsze, rzadsze, aż znikły zupełnie. Pan Bóg mnie uwolnił! Stałam się wolnym, szczęśliwym człowiekiem.

Było to bardzo wyraźne doświadczenie – Jezus w sakramencie pokuty ochraniał mnie, wzmacniał, uzdrawiał i dodawał mi sił do walki z szatanem.

Dziś jestem dojrzałą 40-letnią kobietą i mam za sobą prawie 20 lat szczęśliwego małżeństwa. Grzech już nie wrócił. Doznałam całkowitego uzdrowienia.

Ale od tamtego czasu jestem wierna Jezusowi i staram się żyć w czystości – unikam wszelkich okazji, które mogłyby spowodować u mnie pokusę, m.in. nie czytam książek i nie oglądam czasopism ani filmów, w których są nawet lekkie sceny erotyczne (nigdy nie oglądałam pornografii).

Dochowaliśmy także z mężem czystości przed ślubem, żyjemy, stosując naturalne metody planowania rodziny, co uważam za kolejną łaskę Jezusa.

Bóg jest wielki i dobry. Nigdy nas nie opuszcza, gdy prosimy Go o pomoc. Daje nam potężną broń w walce z szatanem. Są nią sakramenty!

W konfesjonale dzieją się dziś prawdziwe, namacalne cuda. Jezus leczy i uwalnia, tak jak to czynił 2000 lat temu.

Ewa